Z otwartą przyłbicą
Dzisiaj, drogie dzieci, nie będę Was bawił ważkimi kwestiami emancypacyjnymi, ani udowadniał – bo i tak wszyscy o tym wiedzą – wyższości filologii klasycznej nad jakąkolwiek inną dziedziną, tylko zarzucę Wam przypowieść o kruchości ludzkich planów. Brzmi groźnie? Dacie radę
Przenosimy się do wieku XVII, do Francji.
Jest rok 1641, od 23 lat trwa wojna trzydziestoletnia; Niemcy, przy wydatnej pomocy Szwedów, z powodzeniem przeprowadzają redukcję swych obywateli; nękana kryzysem finansowym Hiszpania jest tak słaba, że w rywalizacji z Francją musi uciec się do wspierania możnowładczych rebelii w państwie swego sąsiada – na nic innego nie ma pieniędzy.
Okazji dostarczył hrabia de Soissons. Ów wielki pan siedział od 4 lat w Sedanie, dokąd uciekł z Paryża po nieudanym zamachu na Richelieu’go. Do zamachu miało dojść w Amiens: podczas narady wojennej na znak królewskiego brata kardynał otrzymać miał cios szpadą. Nic tego nie wyszło, bo bratu królewskiemu zabrakło stanowczości – nie po raz pierwszy – i nie dał sygnału do mordu. Wszystko był w tym zamachu wyjątkowe; także dyskrecja spiskowców, bo nikt nie wiedział, że taka akcja była planowana. Z kolei de Soissons nie sądził, że nikt nic nie wie: zwiał z Paryża do Sedanu; od Ludwika XIII wystarał się o pełną amnestię, choć wielce zdziwiony król nie bardzo wiedział, za co ona.
Od 4 lat siedzi zatem hrabia w Sedanie i zajęty jest snuciem mniej lub bardziej finezyjnych planów obalenia kardynała.
Do 1641 były to intrygi dość chimeryczne. Kształtu zaczęła nabierać dopiero ta ostatnia. Do spisku dołączyli książęta de Guise i de Boullon, Hiszpania i cesarz ofiarowali wsparcie wojskowe i pieniężne (trzeba jednak przyznać, że hrabia miał opory przed przyjęciem pomocy od wrogów kraju). Rebelia miała także spore szanse pozyskania dla swej sprawy mas ludowych: coraz wyższe podatki spowodowane wzmożonym wysiłkiem wojennym sprawiały, że Francją regularnie wstrząsały lokalne bunty chłopów i miejskiego plebsu.
Wszystko to sprawiało, że ’symbol wszelkiego zła’, kardynał de Richelieu, nie mógł spać spokojnie.
Wszystko szło świetnie: na wiosnę 1641 buntownicy podpisali układ z Hiszpanią, hrabia przeprowadził zaciągi, cesarz dostarczył posiłki w liczbie 7 tys. ludzi.
6 lipca armia królewska starła się z buntownikami niedaleko lasu Marfee i poniosła ciężką klęskę. Droga do Paryża była wolna, a że hrabia był w stolicy bardzo popularny, wydawało się, że nic nie stoi na przeszkodzie rozszerzenia rebelii na inne części kraju.
Soissons triumfował.
Niestety, zginął w zwycięskiej bitwie.
A raczej tuż po niej – bo trwała ledwie 45 minut – i w nie do końca jasnych okolicznościach. – Nie znalazł się nigdy nikt, kto by umiał powiedzieć, jak to się stało – pisał kardynał Retz.
Hrabia padł wśród swoich, więc duże wzięcie miały dwie główne hipotezy jego śmierci.
Pierwsza, całkowicie logiczna w tamtym czasie, że kardynałowi udało się umieścić szpiega w otoczeniu de Soissonsa i w ten sposób zlikwidować niebezpiecznego mąciciela.
Druga, nad wyraz pocieszna, że hrabia – który otrzymał śmiertelny postrzał tuż nad prawym okiem – już po bitwie podnosił przyłbicę lufą nabitego pistoletu – a podobno miał tak w zwyczaju – i broń nagle wypaliła.
Co za pech, chciałoby się powiedzieć.
Bez hrabiego, jedynego księcia krwi w całym buntowniczym towarzystwie, rebelia wytraciła impet i zmarła śmiercią naturalną.


jaki z tego wniosek? jeśli jesteś buntownikiem, nigdy nie podnoś przyłbicy – dla ciebie całe życie to walka, nie ma chwili na odpoczynek