Het regent
Wyszedłem. Padało. Potoki dżdżu doprawione nieregularnymi grudkami gradu spędziły z okolicznych ławek osiedlową młodzież i amatorów niebieskiego koniaku. Przeszedłem przez ulicę i przed stacją odbiłem w prawo; oczom mym ukazała się czarna plama odbijająca się niewyraźnie na ciemnym tle nieba, lasek Olszynki Grochowskiej. Przeciąłem torowisko i skręciłem na piaszczystą drogę. Wokół panowała absolutna cisza, jeśli – rzecz jasna – nie liczyć szumu lejącej się z nieba wody. Deszcz. Spłukiwał ze mnie zmęczenie dzisiejszego dnia i wkurwienie dzisiejszego wieczoru. - Gdzie ja znajdę takiego przyjaciela, jak ty? – Poszukaj pan w rynsztoku….. Czarny płaszcz, choć w tym momencie raczej czarna, przemoczona szmata, ciążył mi na ramionach. Na szyi i karku czułem zimne pejcze rozpuszczonych włosów. Jesteśmy tu, a tu jest teraz. Po kilkuset metrach trampki skapitulowały i zaczęły jednoczyć się z gruntem. W uszach dogorywały resztki deszczowych psów, po plecach przebiegały pierwsze dreszcze. Zawróciłem. Deszcz bulgotał w rynnach, chlustał z rzygaczy, spływał rynsztokami i tłumił wszelkie dźwięki. Puste ulice. Dobra rzecz, taki deszcz.


Dodaj komentarz