Słowo na ‘p’
Jakiś czas temu powiedziałem S., że chciałem kupić buty, i że po spędzeniu całego dnia na mieście, obejrzenia kilkudziesięciu par, niczym prawdziwy, niezdecydowany pedał, pozostałem w starych trampkach.
S. naskoczyła na mnie, że “Jak ty możesz tak o sobie mówić! Sam siebie obrażasz! Jesteś gejem, a nie pedałem. Tak nie wolno! Etc, etc, etc.”
Podobną dyskusję przeprowadziłem kiedyś z W. przy okazji słynnego prezydenckiego orędzia i “gejów a Kanady”. Tu akurat niesamowicie mnie irytowało pisanie o nich w ten sposób, bo to nie małpy, tylko ludzie z imionami i nazwiskami. W tym wypadku W. miał odmienne zdanie, zgodziliśmy się jednak, że słowo na ‘p’ nas nie obraża.
Osoby używające wobec mnie/przy mnie ’słowa na p’ możemy podzielić na kilka kategorii:
- jeśli jakiś hetero (nieświadomy mej odmienności) rzuci przy mnie “te pedały to ‘coś tam’”, to mogę założyć, że jest uprzedzony i że istnieje spora szansa, że się nie polubimy. W tym przypadku, żeby mieć coś z życia będę czekał okazji, by mu swoją odmienność uświadomić, a dodatkowo zrobić to tak, żeby bolało. Ponieważ cierpienie uszlachetnia, istnieje też możliwość, że chłopcu awersja przejdzie.
- jeśli jakiś gej, jeden z tych konkretnych, nieprzegiętych i spoza środowiska, powie tak o innym homo, to zakładam, że facet chce zaakcentować, że jest z tych lepszych i że istnieje spora szansa, że się nie polubimy. W tym przypadku wprowadzamy dodatkowe modyfikatory zachowań, czyli np: +4 do machania łapkami, +3 do kręcenia tyłkiem, etc.
- jeśli zostanę nazwany ‘pedałem’ z premedytacją, to zakładam, że mój rozmówca chciał mnie obrazić, sugerując, że moja orientacja jest czymś negatywnym. Nie udało mu się, a słowa cóż….to tylko słowa, tyle, że w tym momencie wypowiedziane w nadziei na jakąś reakcję. Na pewno się nie polubimy. Oczywiście w tym wypadku może dojść do rękoczynów, ale, jak mówią “kto po moją głowę przyjdzie, ten swoją przyniesie”, zatem rezultat pozostaje niewiadomą.
Co natomiast dzieje się, gdy pedałem nazwę sam siebie? Na pewno nic strasznego:) Jest to według mnie wyrażenie poczucia pewnej wspólnoty z całą społecznością. Umiejętność zobaczenia siebie i akceptacji samego siebie w środowisku (nienawidzę tego słowa), w którym jest miejsce zarówno dla męskiego maczo, dla przegiętej cioty z przetrąconymi nadgarstkami, dla transa, etc. Jest to także złośliwa świadomość, że w dowolnej sytuacji możesz być taką osobą bez szkody dla własnego męskiego “ja”:D


Moja reakcja na bycie nazwanym pedalem: “Och, skad wiedziales? *uwazne spojrzenie* A no faktycznie… swoj pozna swego!”. Dotychczasowym obiektom opadala szczeka i ochota do przepychanek, ale pewnie predzej czy pozniej ktos sie bedzie rzucal.
Swietny blog, BTW. Masz nowego stalego czytelnika.
Darq –> możliwość, że ktoś się będzie rzucał istnieje zawsze. Uważam po prostu, że nie można się ukrywać, bo skoro “tych pedałów nie widać” to ich nie ma, a w takim razie kto i dlaczego ma walczyć o prawa dla nich. Nie wiem, gdzie mieszkasz; tu wszystko jest inne, ale może właśnie dlatego, że homo byli widoczni, a nie pochowani po kątach.
Dzięki za komplement. Aż się zarumieniłem
Potwierdzam. Dlatego uwazam, ze trzeba byc zawsze przygotowanym na problemy. Nie szukac ich, ale jesli juz sa, to sie nie poddawac i nie jeczec o ciezkim losie, tylko walczyc o swoje.
Mieszkam w Warszawie. Jeden z najwiekszych szokow w zyciu przezylem odwiedzajac mojego faceta w Dijon, gdzie calowalismy sie na koncercie hiphopowym – fani tego gatunku muzy nie slyna z tolerancji, ale nikt nawet nie spojrzal krzywo. O to trzeba walczyc.
To nie komplement, to szczera prawda. Ale rumien sie dalej, to bardzo urocze.
O to mi właśnie chodzi, ale żeby tej reakcji nie było, trzeba najpierw się pocałować…..