Sekspert po polsku, część 98237

•poniedziałek, listopad 16, 2009 • Dodaj komentarz

Jak to zwykle, kiedy mowa o seksie, małżeństwie, homoseksualizmie i tym podobnych, należy o zdanie zapytać księdza, który jak wiadomo ma we wszystkich tych sprawach ogromne doświadczenie. Tak więc nie dziwi nas, że gazeta.pl spytała księdza Jana Guzowskiego, czy homoseksualiści powinni “ujawniać swoją orientację”. (Znamienne, że nikt nigdy nie pyta, czy heteroseksualiści powinni się “ujawniać”. To, że nie spytano o zdanie żadnej zainteresowanej osoby homoseksualnej, zupełnie mnie nie zaskakuje.)

Ksiądz Jan rozpoczyna standardowym wstępem o tym, że seks pozamałżeński jest grzechem, po czym dodaje:

Moim zdaniem należy się ujawniać i zgodnie z ewangelią żyć w prawdzie. Ale nie należy się tym chwalić.

Zatem należy się ujawniać w sposób niezauważalny, np. pisać na kartkach “jestem homoseksualistą”, a potem te kartki chować w szufladzie i zamykać na klucz. Albo też zakładać tęczowe bokserki, a na wierzch habit. Chciałem powiedzieć, dżinsy.

Ojciec Jan tłumaczy dalej:

Chodzi o to, żeby się ujawnić, ale żeby nie było to widziane jako propagowanie homoseksualizmu, pokazywanie się, chwalenie się: patrzcie, jestem homoseksualistą.

To ja bym jednak poprosił o konkrety. Pomrukiwanie pod nosem? Wstydliwe mamrotanie ze spuszczonymi oczętami?

Przecież osoby heteroseksualne raczej nie chwalą się związkami pozamałżeńskimi. Nie należy o tym rozpowiadać w telewizji, prasie.

Ksiądz to chyba w życiu gazety nie widział, o telewizorze nie wspominając. Czy ja mogę wspomnieć jedynie premiera rewolucji moralnej, pana Kazia Z Londynu i jego Isabel? Albo Alicję Bachledę-Curuś, o której grzesznym pozamałżeńskim porodzie dziecka znanego plejboja Kolina Ferela piszą wszystkie znane lub czasopisma oraz intelektualne portale typu Pudelek? Albo dowolny serial? Dowolny tabloid? Telewizja i prasa w ogóle rzadko się czymkolwiek innym zajmuje, niż związkami pozamałżeńskimi osób heteroseksualnych. Z rzadka poświęca moment uwagi związkom małżeńskim osób heteroseksualnych. Trafił ksiądz jak różańcem w płot.

Seksualność to sfera intymna. Kiedy zaczynamy głośno o niej opowiadać, przestaje taką być.

I to tłumaczy, dlaczego o pedofilii w Kościele najlepiej nie mówić, prawda.

Wypisy z Patriotów

•czwartek, listopad 5, 2009 • 2 komentarzy

Czy pamiętacie, moi drodzy, taki bogoojczyźniany ‘portal’, o którym kiedyś kiedyś pisałem (=natrząsałem się z biednych Prawdziwych Polaków (TM), którzy sprzeciwiali się np. wprowadzeniu do TVP filmów z napisami)?
Otóż wyznam Wam z bólem serca, że zaniebałem moje patriotyczne owieczki, ową zdrową tkankę polskości i zaglądałem do nich bardzo rzadko.
Ostatnio jednak, powodowany zdrową ludzką złośliwością zajrzałem; a zajrzałem, bo spodziewałem się, że coś takiego, jak podpisanie przez prezydenta Czech traktatu z Lizbony, wywoła zdrową, patriotyczno-narodową reakcję. Jakiś czas temu bowiem cały portal żył nadzieją, że Klaus, jako ta ostatnia opoka, na której zgromadzili się ostatni walczący o państwa narodowe, wytrzyma, nie ugnie się, i traktatu nie podpisze.
Niestety, zawiodłem się: albo na portalu doszli do wniosku, że nie będą takiej klęski komentować, albo jeszcze się do nich ta informacja nie przecisnęła. Spokojnie, dojdzie.

Znalazłem jednak kilka smakowitych kąsków.
Otóż moi zacofani koledzy po piórze boleją nad faktem, że Katalonia wypędza święta ze szkół. Podobno w Colegio de Educación Infantil Cervantes w Barcelonie usunięto z kalendarza szkolnego nomenklaturę religijną. HAŃBA!

Struktura działalności szkolnej została oparta na schemacie wakacji zimowych, wiosennych i letnich.
Nie jest to jedyny ośrodek w Barcelonie, który opowiedział się za agresywnym laicyzmem.

Przebóg! Do czego to doszło?! Agresywny laicyzm atakuje?! Uśpić!

Placówki tłumaczą, że chodzi głównie o uznanie różnorodności wyznań bez przyznawania pierwszeństwa żadnemu z nich. Władze szkół, w których uczy się wielu cudzoziemców, nie mówią wprost o antyklerykalizmie, ale o “adaptacji szkoły do nowej rzeczywistości społecznej, która obejmuje wiele kultur i religii”. – Nie możemy stawiać jednej kultury ponad drugą. Aby uniknąć tego problemu, strukturę roku szkolnego oparto na cyklu słonecznym – tłumaczą.

Też mi tłumaczenie. Przecież wiadomo, że tylko nasza, święta, jedyna i katolicka religia jest prawdziwa. Wszystkie inne to stek bzdur, pierdół i przeinaczeń. Tak, wiemy, że mamy z nimi wiele cech wspólnych, ale nasze bzdury, pierdoły i przeinaczenia zostały nam objawione, a ich są wyssane z palca!

Tak na poważnie, to muszę moich patriotycznych przyjaciół rozczarować. Otóż moja alma mater odkąd pamiętam funkcjonuje właśnie według cyklu słonecznego. Jeśli weźmiemy do ręki schemat roku akademickiego na 2009/2010, to znajdziemy tam informację o wakacjach zimowych w II poł. grudnia oraz wakacjach wiosennych na początku kwietnia.
Tak, drogie robaczki. UW porzucił już – z takich czy innych, a nieznanych mi względów (być może zwyciężył zdrowy rozsądek) – religijne miazmaty i wypędził święta :) Zamiast zatem tłuc się po bezdrożach Katalonii, odbijać sobie pośladki w siodle i tropić agresywny laicyzm u obcych, zerknęlibyście łaskawie na nasze małe, swojskie poletko – tu też zachodzą zmiany.

Zapomniałem wspomnieć, że pierwszy komentarz pod artykułem brzmi: Żydom odbija na całego. Po prostu klasyka głupoty polskiej.

———————-

Drugim wpisem, który porusza serca Prawdziwych Patriotów und* Partyzantów Moralności jest informacja o ojcach franciszkanach, którzy – UWAGA! WERBLE! SALWA Z 40 DZIAŁ! – propagują homoseksualizm na antenie Telewizji PULS.

Pozwolę sobie na większe cytaty, bo warto.

Katolicka telewizja PULS ma w swoim repertuarze program “Test na supermamę“. Oto opis odcinka, który zostanie wyemitowany jutro (sobota, 31 października o 15:00) [widziałem, aż się wierzyć nie chce, że to-to ma coś wspólnego z katolicyzmem.. MD}

Nie widziałem, ale jestem niewierzący, więc wierzę (=na słowo, bo Prawdziwy Katolik chyba nie kłamie), że to nie ma nic wspólnego z katolicyzmem. Na szczęście.

W najbliższym odcinku (sobota 31 października, odc. 9):
Świeżo upieczone małżeństwo: Susan i Janine pragną w niedługim czasie sami założyć rodzinę. Tym chętniej decydują się na przystąpienie do „Testu na Super Mamę”. Podczas tego odcinka zaopiekują się dwiema córkami jednej ze swoich przyjaciółek. Oprócz dzieci, Susan i Janine dostaną pod opiekę ”Brutusa”- lalkę symulująca zachowania małego dziecka. Czy dobre chęci wystarczą aby podołać tak trudnemu wyzwaniu, które stoi przed Susan i Janine.

Świeżo upieczone “małżeństwo” Susan Rae i Janine Davies to dwie lesbijki.

Święta Inkwizycjo! Dwie lesbijki!? W katolickiej telewizji?! Oby tak dalej.

Dlaczego Ojcowie Franciszkanie propagują na swojej antenie homoseksualizm?

Może przejrzeli na oczy? Może Pan Zastępów wrócił im zdrowy rozsądek, a może po prostu postępują zgodnie z zasadami miłości bliźniego? Kim jestem, by to osądzać; grunt, że dobrze robią.

Panie Boże, jak długo jeszcze??????

Do skutku.
Hm, mi tam się podoba pomysł, żeby Prawdziwym Katolikom(TM) pokazać, że dwie osoby tej samej płci mogą wychowywać dziecko i krzywda mu się nie stanie. Jak widomo, im dłużej dotakiego mówisz, tym większa szansa, że pewne fakty się przecisną. Warto rozmawiać. I pokazywać.
Najlepsze jednak przed nami, bo osoba, która umieściła tę notkę – postujący? poszczący? – wpadła na pomysł, by zadzwonić ze skargą. Bardzo słusznie.

O. Mirosław Bartos  – minister prowincjalny, adiunkt na Wydziale Teologicznym UKSW – Instytut Studiów nad Rodziną, wykładowca psychologii, asystent Konferencji Episkopatu Polski ds. Telewizji Puls, członek Zarządu TV Inwestycje.

Ojciec franciszkanin pod telefonem xxxxxxxxx powiedział, że “nikogo odpowiedzialnego za TV Puls nie ma teraz”, a Ojciec Mirosław Bartos “właśnie wyjechał na tydzień”. Na prośbę o podanie aktualnego telefonu do osoby odpowiedzialnej odrzekł: “proszę pana , niech mnie pan nie denerwuje po prostu…” Czytelnik zaś pisze, że  telefonistka (siostra ??) nie chciała połączyć z “władzą”, ale krzyknęła: “Mnie to nie obchodzi!!” , a na pytanie czy jest katoliczką, rzuciła z wściekłością słuchawkę.

Niestety, wraże siły (=Żydzi, no bo kto inny) w TV Puls były szybsze: o. Bartos wyjechał – na pewno do Izraela (jestem o tym przekonany. Wychodź, kto nie wierzy!). Na dodatek drań chciał, by wykazujący rewolucyjną czujność, zaniepokojony Patriota przestał go denerwować. (Pewnie przeszkadzał mu w szabasie!!!!), a wredna Semitka, tzn. siostra wściekle rzuciła słuchawką (pewnie chciała Patriotę zabić. Cud, że nie trafiła. Mniemany).

Post kończy się apelem u interwencję u abp. Michalika – nic nie da, bo to….Żyd! (tak kiedyś wyczytałem na ww. portalu) oraz KEP – nie ma sensu.

Tak, tak – źle się dzieje w państwie polskim (=katalońskim).

Dobranoc!

Ik

•wtorek, październik 27, 2009 • 5 komentarzy

Tweestammige Germanische naam met ongeveer de betekenis `bekwaam in het raad geven’. Uit Koen- `koen, dapper’ en -raad `raad’. Vergelijken voor de betekenis Griekse Thrasyboulos. Vele vorstelijke en adellijke personen (vooral Duitse koningen, keizers, graven enzovoort) droegen in de middeleeuwen deze naam. Vooral in Duitsland vond hij ook steun, en daardoor nog sterkere verbreiding, door een heilige van deze naam: Konrad, in 934 bisschop van Konstanz. Gest. 975; kerk. feestdag: 26 nov. Hij werd een zeer populaire heilige, maar de naam vond waarschijnlijk ook veel verbreiding door Konradin (dit is een vleivorm), de laatste van de Hohenstaufen, die door Karel van Anjou in 1268 verslagen werd. Op de populariteit van de naam in Duitsland wijst de uitdrukking Hinz und Kunz (Hinz is een oude vleivorm van Hendrik/Heinrich/Heinz, Kunz vanzelfsprekend bij Konrad), te vergelijken met nederlandse Jan, Piet en Klaas en engelse Jack and Jill.

Beneden vinden jullie een versie voor anderstaligen :) :

Dwuczłonowe imię germańskie znaczące ‘biegły/śmiały w udzielaniu rady’. Składające się z ‘Koen’ – dzielny, śmiały – oraz z ‘-raad’ – rada. Porównywalne z greckim Thrasyboulos. W Średniowieczu imię to nosiło wiele osób z rodów królewskich i szlacheckich (np. niemieccy królowie, cesarze, hrabiowie, etc.). Bardzo popularne w Niemczech i stamtąd szeroko rozprzestrzenione, zwłaszcza przez świętego tego imienia: Konrada, od 934 r. biskupa Konstancji, zmarłego w 975 (święto kościelne 26 listopada). Był to bardzo popularny święty, lecz imię prawdopodobnie zostało też spopularyzowane przez Konradyna (forma zdrobniała), ostatniego z Hohenstaufów, w 1268 r. pokonanego przez Karola Andegaweńskiego. Na popularność tego imienia w Niemczech wskazują formy Hinz oraz Kunz (Hinz jest starą zdrobniałą formą od Hendrik/Heinrich/Heinz, Kunz odnosi się do Konrada), porównywalne z niderlandzkim Jan, Piet, Klaas oraz angielskim Jack i Jill.

Notka branżowa

•piątek, październik 23, 2009 • 5 komentarzy

Czy ktoś z Was może mnie oświecić, jak ładnie – słowem jednym lub dwoma – oddać ‘licensor’ oraz ‘lecensee’? Chciałem zaznaczyć, że nie chodzi mi o licencję dotyczącą praw autorskich.

Przykładowy fragment:

“The examples (..) support the view that the labial nasal is a better licensor* than other nasals in a language, while at the same time the labial nasal is not as good a dependent as some of the other nasals”.

Dalej jest już ślicznie:

‘Drugi typ dowodu na międzyjęzykową tendencję dla /m/ jako najbardziej spółgłoskowej z nosowych jest podobny do danych morfologicznych rozważonych w poprzednich rozdziałach, i zawiera zasady występowania /m/ raczej z obstruentami niż z sonorantami czy nosowymi w ogóle.

Przykłady:

mgiełka                mnożyć
mniej                   mleko
mrugać                młody

Powyższe przykłady potwierdzają, że polski dopuszcza słowa zaczynające się od zbitki spółgłoskowej z /m/ jako pierwszym elementem, nie dopuszcza natomiast podobnych zbitek rozpoczynających się nosówką przedniojęzykową: nosówka wargowa jest jedyną nosówką mogącą być pierwszym elementem zbitki spółgłoskowej na początku wyrazu.

(..)

Dodatkowy dowód, że /m/ jest nie tylko lepszym ‘licensor’ ale także gorszym ‘licensee’ występuje w rosyjskim. Nagłosowe zbitki spółgłoskowe w rosyjskim – podobnie jak w niderlandzkim, niemieckim i staroangielskim – mogą składać się z sekwencji: zwarta + /n/, ale nigdy ze zwarta + /m/. (..)

Przykłady:

[kn]iga          [mn]ogo
[dn]o            [gn]yezdo’

Fragmenty pochodzą z: E.J. van der Torre ‘Dutch Sonorants. The role of place of articulation in phonotactics‘, LOT 2003.

Ja, że się tak wyrażę, wiem, o co w tym wszystki biega. Chodzi mi tylko o termin lingwistyczny, który będzie się ładnie układał na języku. Zatem, jeśli ktoś z Was ma jakiś pomysł, będę szalenie wprost wdzięczny.

* po niderlandzku jest prościej: in het Pools zijn er aanwijzingen dat /m/ net als obstruenten sterk genoeg is om voor een sonorante medeklinker voor te komen, zoals in de worden mniej ‘minder’ en mleko ‘melk’. De andere nasalen in het Pools komen niet in deze positie voor. Czyli: (..) /m/ jest, tak jak obstruenty, wystarczająco mocne, by występować przed sonorantami (..).

Hij kwam de kast uit….

•wtorek, październik 20, 2009 • 8 komentarzy

Jakiś czas temu – uwielbiam to określenie: wszystko się w nim zmieści – poznałem chłopaka. Na potrzeby tego bloga nazwijmy go MCVX-L4. Poznałem go w miłych okolicznościach przyrody, czyli na jakiejś nasiadówce. Gości było sporo, a ja przeważnie nie narzucam się osobom nowym, więc z ww. poruszyliśmy przy jakimś piwie tematy bardzo ogólne, a w każdym razie ogólne na tyle, że nie spodziewałem się takiego dalszego ciągu.

Następnego dnia, a była to niedziela, siedziałem przy lapku i prawdopodobnie oddawałem się czemuś twórczemu. W pewnym momencie odzywa się ktoś z nieznanego gg, przedstawia – jest to ww. chłopiec – mówi, że mój numer znalazł w necie, pyta, co tam u mnie, etc.

Rozmawiamy, czas przyjemnie upływa i mój rozmówca stwierdza, że zastanawia się, czy nie ujawnić się rodzicom. Pytam więc, czy chce pogadać.
Chce.
Dla mnie OK – jestem tylko zdziwiony, że przyszedł z tym akurat do mnie, gdyż widział mnie do tej pory raz, a nie jestem jedynym znanym mu homikiem. Zakładam jednak, że widocznie rzecz przemyślał i pytam czy woli na gg, czy może w realu.
Koniec końców umówiliśmy się na sesję na żywca.

Wyszło, że od jakiegoś czasu myśli o powiedzeniu rodzicom, chce poznać moje zdanie i dostać ewentualnie jakieś rady odnośnie tego co powinien, a czego nie powinien robić.
Przedstawił sytuację w domu, powody, dla których chce się ujawnić, etc.

Z jednej strony, jestem zwolennikiem ujawniania się. Uważam po prostu, że dla własnego zdrowia psychicznego trzeba tę kwestię – przynajmniej z najbliższymi – wyjaśnić. Chociażby po to, żeby – jak wyraził się ów chłopak – rodzice nie zadawali pytań o dziewczynę.
Z drugiej, nawet ja nie jestem takim sukinsynem, by doradzać komukolwiek coming-out za wszelką cenę tylko po to, bym ja się poczuł dobrze, bo oto doprowadziłem do kolejnego coming outu i młody człowiek może teraz żyć w zgodzie z samym sobą (tylko bez dachu nad głową, bo np. ojciec-homofob wywalił go z mieszkania).
Z trzeciej, on ma lat 20, a ja 28, więc nasze potrzeby – dotyczące chociażby akceptacji przez otoczenie – mogą się znacznie różnić. Poza tym, jego sytuacja odbiega od tej, w jakiej ja się znajdowałem, gdy załatwiałem tę kwestię z moją rodziną.
Nie chcę smęcić; chodzi mi tylko o to, że moja rada mogła mu równie dobrze krzywdę zrobić, jak i pomóc.

Powiedziałem mu więc, jak ujawnianie się wyglądało u mnie – co, komu, jak i gdzie – i jak wygląda sytuacja teraz. Starałem się pokazać plusy przy jednoczesnej świadomości potencjalnych zagrożeń (których on na pewno był w swoim otoczeniu bardziej świadom, niż ja).
Przyjął, pokiwał głową; obiecał zadzwonić, gdy już się ujawni i dać znać, jak poszło.

Na koniec nie mogłem sobie odmówić i zapytałem, czemu akurat do mnie przyszedł z tym problemem – mógł znaleźć, jeśli nie kogoś lepszego, to w każdym razie osobę na tyle sobie znaną, że nie musiałby się uzewnętrzniać. Powiedział, że po naszej rozmowie – wtedy na nasiadówce – doszedł do wniosku, że po prostu jestem odpowiedni. Ot, znalazł się ryzykant….

Jakiś czas później zadzwonił, że się ujawnił, i że chyba jest OK.
O ile wiem, wciąż jest.

Mam w sumie 4 myśli w związku z tym wszystkim:

1. Jest to chyba pierwszy coming-out, do którego na tyle przyłożyłem rękę.
2. Jestem stary i 20latkowie przychodzą do mnie po rady ;)
3. Cieszę się widząc chęć do wyjaśnienia, chociażby z rodzicami, kwestii swej orientacji. To piękna rzecz u młodych.
4. Jest mi zajebiaszczo z myślą, że on akurat do mnie z tym przyszedł. Nie znał mnie, a jednak doszedł do wniosku, że warto. Ja zaś mam nadzieję, że na coś się chłopakowi przydałem.

To pisałem ja, Kallipygos – Narodowy Konsultant ds. Coming-Outu.

Zima zaskoczyła filologów

•czwartek, październik 15, 2009 • 3 komentarzy

Macie czasem tak, że spotykacie się z kimś i to spotkanie Was pozytywnie nakręca na cały dzień?

Młody chciał kupić buty i miały to być koniecznie glany, więc poprowadziłem go do sklepu w Alejach. Wybrał, przymierzył, doradziłem, kupił. Potem zaliczyliśmy jeszcze jeden sklep w poszukiwaniu rękawiczek, pogadaliśmy trochę o książkach, rozważyliśmy wyjście do kina i on pojechał do siebie, a ja na korepetycje. Trwało to może godzinę, a ja czułem się świetnie w roli, której jeszcze jakiś czas temu się nie spodziewałem, a w której kilkanaście dni temu mnie postawiono.

Przez resztę dnia uśmiech nie schodził z mojego ryja :)

A poza tym, zima, mili Państwo.

Z otwartą przyłbicą

•niedziela, październik 11, 2009 • 1 komentarz

Dzisiaj, drogie dzieci, nie będę Was bawił ważkimi kwestiami emancypacyjnymi, ani udowadniał – bo i tak wszyscy o tym wiedzą – wyższości filologii klasycznej nad jakąkolwiek inną dziedziną, tylko zarzucę Wam przypowieść o kruchości ludzkich planów. Brzmi groźnie? Dacie radę ;)

Przenosimy się do wieku XVII, do Francji.
Jest rok 1641, od 23 lat trwa wojna trzydziestoletnia; Niemcy, przy wydatnej pomocy Szwedów, z powodzeniem przeprowadzają redukcję swych obywateli; nękana kryzysem finansowym Hiszpania jest tak słaba, że w rywalizacji z Francją musi uciec się do wspierania możnowładczych rebelii w państwie swego sąsiada – na nic innego nie ma pieniędzy.

Okazji dostarczył hrabia de Soissons. Ów wielki pan siedział od 4 lat w Sedanie, dokąd uciekł z Paryża po nieudanym zamachu na Richelieu’go. Do zamachu miało dojść w Amiens: podczas narady wojennej na znak królewskiego brata kardynał otrzymać miał cios szpadą. Nic tego nie wyszło, bo bratu królewskiemu zabrakło stanowczości – nie po raz pierwszy – i nie dał sygnału do mordu. Wszystko był w tym zamachu wyjątkowe; także dyskrecja spiskowców, bo nikt nie wiedział, że taka akcja była planowana. Z kolei de Soissons nie sądził, że nikt nic nie wie: zwiał z Paryża do Sedanu; od Ludwika XIII wystarał się o pełną amnestię, choć wielce zdziwiony król nie bardzo wiedział, za co ona.

Od 4 lat siedzi zatem hrabia w Sedanie i zajęty jest snuciem mniej lub bardziej finezyjnych planów obalenia kardynała.
Do 1641 były to intrygi dość chimeryczne. Kształtu zaczęła nabierać dopiero ta ostatnia. Do spisku dołączyli książęta de Guise i de Boullon, Hiszpania i cesarz ofiarowali wsparcie wojskowe i pieniężne (trzeba jednak przyznać, że hrabia miał opory przed przyjęciem pomocy od wrogów kraju). Rebelia miała także spore szanse pozyskania dla swej sprawy mas ludowych: coraz wyższe podatki spowodowane wzmożonym wysiłkiem wojennym sprawiały, że Francją regularnie wstrząsały lokalne bunty chłopów i miejskiego plebsu.
Wszystko to sprawiało, że ’symbol wszelkiego zła’, kardynał de Richelieu, nie mógł spać spokojnie.

Wszystko szło świetnie: na wiosnę 1641 buntownicy podpisali układ z Hiszpanią, hrabia przeprowadził zaciągi, cesarz dostarczył posiłki w liczbie 7 tys. ludzi.
6 lipca armia królewska starła się z buntownikami niedaleko lasu Marfee i poniosła ciężką klęskę. Droga do Paryża była wolna, a że hrabia był w stolicy bardzo popularny, wydawało się, że nic nie stoi na przeszkodzie rozszerzenia rebelii na inne części kraju.

Soissons triumfował.

Niestety, zginął w zwycięskiej bitwie.
A raczej tuż po niej – bo trwała ledwie 45 minut – i w nie do końca jasnych okolicznościach. – Nie znalazł się nigdy nikt, kto by umiał powiedzieć, jak to się stało – pisał kardynał Retz.
Hrabia padł wśród swoich, więc duże wzięcie miały dwie główne hipotezy jego śmierci.
Pierwsza, całkowicie logiczna w tamtym czasie, że kardynałowi udało się umieścić szpiega w otoczeniu de Soissonsa i w ten sposób zlikwidować niebezpiecznego mąciciela.
Druga, nad wyraz pocieszna, że hrabia – który otrzymał śmiertelny postrzał tuż nad prawym okiem – już po bitwie podnosił przyłbicę lufą nabitego pistoletu – a podobno miał tak w zwyczaju – i broń nagle wypaliła.

Co za pech, chciałoby się powiedzieć.

Bez hrabiego, jedynego księcia krwi w całym buntowniczym towarzystwie, rebelia wytraciła impet i zmarła śmiercią naturalną.

Zmokły kogut

•czwartek, październik 8, 2009 • 4 komentarzy

Nie lubię moknąć.
Po prostu nie i już.
Bierze się to stąd, że obsesyjnie wręcz nie lubię myć moich piór. Proces doprowadzania ich co kilka dni do stanu używalności uważam za zbyt czaso i energochłonny a niestety konieczny, bym mógł pójść między ludzi. Gdy już je umyję, a jeszcze nie ułożę, wyglądam jak….to po prostu trzeba zobaczyć. Deszcz natomiast (jeśli jeszcze wieje, to już katastrofa) sprawia, że pióra nadają się potem tylko do dwóch rzeczy: ścięcia (idea ta mnie przeraża) oraz powtórnego umycia. Samą wilgoć w powietrzu jeszcze moje kłaki jako tako znoszą.

Zdarza się jednak czasem, że zmoknięcie mi nie przeszkadza. W tym roku nastąpiło to aż 2 razy.
Pierwszy raz miał miejsce jakoś w czerwcu i wtedy zmokłem z Wilczycą. Zgarnęła mnie pod IFK, ruszyliśmy nad Wisłę, znaleźliśmy miły kącik i oddaliśmy się naszej typowej konwersacji. Mniej więcej w momencie w momencie, gdy nasza dyskusja zeszła na historię Finlandii w epoce ‘ciemnej’, od strony Mokotowa nadciągnęły piękne stalowe chmury, o bardzo jednoznacznej wymowie. Żona mówiąca po łacinie i mąż mówiący po grecku szybko zamieszkają pod mostem Poniatowskiego – mówi przysłowie. My jednak, z braku lepszej kryjówki, wylądowaliśmy pod Świętokrzyskim. Po kilkudziesięciu minutach gadania i wydurniania się doszliśmy do wniosku, że przecież tak strasznie nie pada. (Poza tym, każde z nas – prawdziwe damy – miało parasol). Rzeczywiście, w momencie wyłażenia spod mostu aż tak nie padało, ale za to zaczęło, gdy tylko się oddaliliśmy. Po 10 minutach nasze parasole miały już tylko funkcję dekoracyjną, gdyż wobec ściany wody mogły się tylko ładnie uśmiechać. Do pl. Bankowego dotarliśmy jako Miss i Mister Różnych_Mokrych_Części_Garderoby. Moje pióra nie nadawały się do niczego, ale był to mały pikuś w kontekście spędzenia popołudnia z Wilczycą ;)

W niedzielę zaś zmokłem z Kretem.
Wyszliśmy z kościoła (o tym w innej notce). Było obrzydliwie, ale nie padało. Jeszcze. Doszliśmy do wniosku, że się przejdziemy. Ruszyliśmy więc ku Rynkowi; gdy mijaliśmy Barbakan zaczęło padać, ale jako prawdziwa dama miałem parasol, więć dawaliśmy radę. Wobec ulewy, jaka nastąpiła, gdy dotarliśmy do Rynku Nowego Miasta, byliśmy już bezradni. Po spędzeniu kilkunastu minut w przygodnej bramie ruszyliśmy dalej. Zmokłem. Kret mniej, gdyż to on niósł parasol, a że jest ode mnie wyższy (Kret, nie parasol), to jego rozczochrana była lepiej schowana.
Mimo niesprzyjających warunków atmosferycznych w tramwaj wbiliśmy się dopiero przy Moście Gdańskim; wcześniej, w okolicach mennicy obejrzeliśmy śliczną tęczę.
Zmokłem, ale Krecie towarzystwo wynagrodziło mi całkowicie niedostatki aury.
——————————————————————————
Na zakończenie wczorajsza rozmowa z Kretem na gg:

20:10:43 Kallipygos
miałem pastować glany…..nie kupiłem pasty:/
ech, pipa ze mnie
20:11:59 Kret
xDD!! Weź pod wodę i jazda
20:12:11 Kallipygos
eeee, powinny się świecić, jak psu jaja
20:12:30 Kret
Tak jak mohe??
20:12:36 Kret
*moje??  :>
20:12:54 Kallipygos
a Twoje jaja się świecą?
20:13:31 Kret
xDD!! Miałem na myśli moje glany
20:13:32 Kallipygos
wiem, ale nie mogłem się powstrzymać :D

Zabezpieczony: Heban i kość słoniowa

•środa, październik 7, 2009 • Wprowadź swoje hasło, aby zobaczyć komentarze

Ten wpis jest zabezpieczony hasłem. Aby go zobaczyć, proszę wprowadzić poniżej swoje hasło:


Copy/paste

•czwartek, wrzesień 24, 2009 • 4 komentarzy

Jak część z Was zapewne wie, w pierwszej połowie sierpnia 6 Tatrzańskich Wspaniałych wybrało się w Tatry Słowackie. Przez 6 dni nie miałem dostępu do netu i bynajmniej wcale z tego powodu nie narzekałem, a nawet wręcz przeciwnie. Po powrocie znalazłem wiadomość z fellow, że ‘ktośtamktośtam’ wysłał wiadomość. Zalogowałem się i czytam (pisownia oryginalna):

Część tu Kacper spod XXXX, z racji pracy jestem dość często w terenie w tym z reguły w Wawie. Ja szatyn męski zbudowany 53oraz 185/97 wysportowany. Cenie dyskrecję, higienę, przyjaźń, normalność… Jestem po studiach, pracuje. Jestem bardziej aktywnym. Nie znam tu nikogo. Jestem spoza środowiska, bez żadnych skojarzeń. Dyskrecja to podstawa. Może się spotkamy. Pozdrawiam i czekam na odzew.

Przerażony rzuciłem się obejrzeć mój profil; obawiałem się, że może ja coś źle zaznaczyłem (a może ktoś się włamał i mi pozmieniał) i teraz stoi tam czarno na białym, że umawiam się ze ‘zbudowanymi 53latkami’. Sprawdziłem, wszystko po staremu.
Zaglądam na profil nadawcy. Kilka słów o tym, jaki to jest męski i konkretny, zdjęcia brak.
Odpisałem uprzejmie (jak to mam w zwyczaju :) ), że chyba należymy do różnych światów i że chyba nie zrozumiał przekazu, jaki niesie ze sobą mój profil. On zaś napisał, że mój profil obejrzał, tekst zrozumiał, ale skoro uważam, że się nie dogadamy, to on to akceptuje i pozdrawia.
Myślałem, że na tym nasza znajomość się zakończy.

Dziś zjechałem z Miasta. Odpalam pocztę i przychodzi mail z fellow, że ‘ktośtamktośtam’ przysłał wiadomość. Nick wydał mi się jakoś dziwnie znajomy. Wchodzę, czytam:

Część tu Kacper spod XXXX, z racji pracy jestem dość często w terenie w tym z reguły w Wawie. Ja szatyn męski zbudowany 53oraz 185/97 wysportowany. Cenie dyskrecję, higienę, przyjaźń, normalność… Jestem po studiach, pracuje. Jestem bardziej aktywnym. Nie znam tu nikogo. Jestem spoza środowiska, bez żadnych skojarzeń. Dyskrecja to podstawa. Może się spotkamy. Pozdrawiam i czekam na odzew.

Zdębiałem.
Nie dość, że facet nie pamięta (w końcu minął ponad miesiąc), do kogo się już odzywał, że nie pamięta, o czym z tą osobą rozmawiał, to jeszcze stosuje podryw metodą kopiuj/wklej. Od razu widać, że z uwagą przeczytał wszystko, co mam na profilu. Ciekaw jestem, ilu osobom wysłał taką wiadomość i czy stosuje jakiekolwiek kryterium przy doborze potencjalnych ofiar….
Tym razem chyba będę sobą i napiszę mu, co myślę.