Drogie czytelniczki! Drodzy czytelnicy!
Po wnikliwych konsultacjach z Panem Bogiem, Jezusem Chrystusem – jego synem, oraz ich enigmatycznym przyjacielem, Duchem Świętym, Callipygian Institute we współpracy z Fundacją ‘Żywi przeciwko Trzeźwości’ przyjął do grona autorów niniejszego bloga Navairę i ma zaszczyt przedstawić Państwu pierwszy – ufając, że nie ostatni – z jego felietonów. Zapraszamy!
Kallipygos
Z dalekiego kraju nad Wisłą przyfrunęła do mnie książka Alison Bechdel “Fun Home” w polskim tłumaczeniu pp. Wojciecha Szota i Sebastiana Buły. Utwór ten wpisuje się w prowadzoną konsekwentnie przez wydawnictwo abiekt.pl politykę świadomej promocji homoseksualizmu (ciekawe swoją drogą, jak wygląda opłacalność finansowa takiego przedsięwzięcia – jak przekonało się pismo Inaczej, polscy homoseksualiści swoje pinionszki raczej cenią i wydają wyłącznie na rozrywkę najwyższego kalibru, tzn. pornosy). “Fun Home” jest komiksowym pamiętnikiem Alison – pamiętnikiem fascynującym, mieszającym dystans wobec samej siebie i własnej rodziny z ekshibicjonizmem, tragedię z komedią, śmiech ze łzami. Rysunki, do których dobrze pasuje wyraz “understated” i tekst stanowią nierozerwalną całość; trudno powstrzymać się od refleksji, że ten pamiętnik nie mógłby funkcjonować równie dobrze w żadnej innej formie.
Pamiętnik jest określeniem z lekka mylącym, gdyż Alison tylko w połowie pisze o sobie; równie dobrze można powiedzieć, że w formie komiksu tworzy biografię swojego ojca, kryptogeja, który usiłuje godzić życie w małym miasteczku z dwójką dzieci i swoje zainteresowanie młodymi, silnymi chłopakami, pojawiającymi się w domu celem pomocy w ogrodzie lub wypożyczenia książki. W komiksie pojawia się również matka, jednak to ojciec nadaje ton i kształtuje życie i osobowość Alison; ta podwójna psychoanaliza fascynuje i wciąga, bawi i smuci zarazem, podobnie jak tytuł niosąc dwa diametralnie różne rodzaje wrażeń.
Szata graficzna doskonale pasuje do treści. Od wściekle różowej okładki, ukrytej pod szaro-zieloną obwolutą i przez to zgoła przesadnie symbolicznej przechodzimy wewnątrz książki z powrotem do mieszanki zieleni z czernią i szarościami. Powoduje to wrażenie, że całość komiksu rozgrywa się na jesieni, niezależnie od tego, o jakiej porze roku wspomina autorka. Tekst pisany odręcznie w oryginale jest również pisany odręcznie w wersji tłumaczonej; grafik nie poszedł na łatwiznę i nie użył fontu-pisanki, definicje słownikowe również wyglądają “jak prawdziwe”. Książka wygląda jednocześnie bardzo poważnie, nieomal ponuro – i, przez różową okładkę, wściekle dziko. Nie widziałem oryginału, ale uważam, że wersja polska została zaprojektowana na piątkę z plusem.
Przyczepię się za to do czegoś zupełnie niespodziewanego (jak mniemam). Tłumaczenie utworu musiało być katorgą. Od problemów z Wilde’em (tytuł “The importance of being earnest” w języku angielskim zawiera uroczy dwuznacznik, który ginie w obu polskich wersjach, a odgrywa rolę w książce), przez różnorakie dzieła, jakie cytuje autorka, aż do samego tytułu (”Fun Home” jest skrótem od “Funeral Home”, czyli “Dom pogrzebowy” – konia z rzędem temu, kto przetłumaczy tę grę słów). Wszystkie trudności, jakich przysporzyło tłumaczenie panowie Szot i Buła wymieniają w posłowiu… i właśnie posłowie mnie zirytowało. Panowie piszą mianowicie tak:
W przypadku słowa ‘butch’ o pomoc [w tłumaczeniu] poprosiliśmy osoby najbardziej nim zainteresowane, czyli lesbijki [...] Musimy zastrzec, że opinia, by nie tłumaczyć tego słowa (ew. utworzyć formę ‘bucz’) jest dla nas niezrozumiała. Tworzenie wspólnej tożsamości ludzi o orientacji homoseksualnej wiąże się też z konstruowaniem języka i dobrze by było, gdybyśmy potrafili wypracować nasze słowa, a nie zapożyczać istniejące już formy.
Tak zganiona czytelniczka-lesbijka, broń Istoto nie butch, tylko, bo ja wiem, męskoosobowa, ma prawo nieco się zdziwić, czytając kawałek dalej:
Queer to w znaczeniu słownikowym: dziwak, dziwny, dziwaczny, podejrzany, śmieszny. [...] Dr Tomasz Basiuk proponuje tłumaczenie “odmieniec” [...] W Polsce przyjęło się jednak używanie angielskiego ‘queer’ bez przekładu (podobnie jak ‘gender’).
No QUEERY WY MOJE DROGIE! Toż przeca dobrze by było, gdybyśmy potrafili WYPRACOWAĆ! No ale rozumiem, że jeśli słowa używają byle lesbijki, to można im zwracać uwagę, żeby sobie wypracowywały, a jeśli geje, to jest w porządku, taaaaak?
Drugi fragment, który mnie zirytował (na ten akurat fragment tłumaczenia zwróciłem uwagę podczas lektury) brzmi tak:
Równie kłopotliwa sytuacja wystąpiła, gdy bohaterka masturbując się, używa słowa ‘wanking’. Bo czy kobiety ‘trzepią’, ‘walą’? Tutaj musieliśmy posłużyć się własną intuicją.
…bo akurat żadnej kobiety nie znamy i nie mogliśmy spytać, chce się dodać. Zresztą, jeszcze by zasugerowała jakieś słowo, które by panom nie pasowało i trzebaby ją znowu pouczać, żeby sobie wypracowywała.
Mimo penisocentrycznej arogancji tłumaczy, książkę polecam z całego serca – i nie tylko książkę, ale i posłowie, ponieważ bez niego pewne rzeczy mogą pozostać niezrozumiałe przy lekturze polskiej wersji. Nie jest to winą tłumaczy, raczej elokwencji autorki oraz (słusznej) decyzji o niezakłócaniu książki przypisami, które niekiedy zajęłyby bez mała 1/4 strony (co w przypadku komiksu byłoby nadzwyczaj uciążliwe). Żarty żartami, a “Fun Home” należy kupić, po pierwsze dlatego, że jest to bardzo dobra książka, a po drugie dlatego, żeby wydawnictwo abiekt.pl nie skończyło tam, gdzie “Inaczej” – lecz raczej wprowadzało na rynek kolejne, równie dobre tłumaczenia równie dobrych książek.

Zbliżamy się do centrum handlowego. Z naprzeciwka idzie chłopak. Trochę niższy ode mnie, szczupły, jeansowe spodnie do kolan, bluza, plecak; trochę ciemniejsza karnacja; intrygujący układ kostny twarzy; włosy dłuższe, nie na tyle, by je spiąć, ale opadające, lub raczej żyjące własnym życiem po bokach jego głowy; śliczne oczy, co ciekawe nachalnie wbite w moją skromną osobę.
Tak w ogóle, to ja naprawdę cenię sobie troskę, z jaką niderlandzka służba zdrowia mnie traktuje, ale to mi podpada pod nękanie. Ciekaw jestem, czy za rok też dostanę taki pachnący fiołkami bilecik, bo w poprzednim było, że chlamydia dopada ludzi przed 29 rokiem życia. Pożyjemy – zobaczymy. A, jeszcze jedno: co ciekawe, testów na HIV nie proponują, tylko tej biednej chlamydii się uczepili….





