Jakiś czas temu jadę z M. i M. narzeka, że nie mógł rano spać w autobusie, bo z tyłu siadły jakieś lasencje i zaczęły trajkotać a’la scena w pociągu w ‘Dniu Świra’. Mówię mu, że powinien jeździć z jakimś mp3. Same korzyści: słucha się tego, co się lubi, a przede wszystkim nie słyszy się tych wszystkich pierdół, które mówią rodacy. Ja po kwadransie w autobusie, gdy słyszę, co i jak mówią Polacy oraz wokół czego się ich rozmowy kręcą, zaczynam dojrzewać do mordu. Powiedziałem to M. i jakiś młodzieniec – być może w przypływie patriotyzmu – odwrócił się, by mnie sobie obejrzeć.
Nie wiem, jak Wy macie, ale właśnie na takie dyskusje trafiam. Ciągle Żydzi, komuniści, Michnik, agenci, masoni, pedały i zła Unia. Po prostu jakby człowiek wsiadł do pojazdu wypełnionego po brzegi kretynami. Wszyscy są źli, gnębią nas opłatami, Żydzi spiskują, Ukraińcy zabierają miejsca pracy, pedały demoralizują, rząd kradnie, majątek wyprzedaje i tak przez cały czas usta się nie zamykają. Zapomniałem wspomnieć o pogodzie. Pogoda też elektryzuje Polaków. Ostatnio baterie w grajku padły i przez pół godziny słuchałem rozmowy jakiejś pary o pogodzie: padało, a teraz przestało; pani kochana, jakie mrozy; a ten śnieg to taki mokry i lepki; ale widział pan, wczoraj padał taki gęsty, a teraz drobnica. Po pół godzinie takiego pierdzielenia zeszli na Michnika i globalne ocieplenie.
Uwaga! Wsiadam!
Tydzień temu, wysiadam na Bankowym z metra. Pociąg wtacza się na stację, ja w drzwiach – sam – i od razu widzę, że na peronie Pani w Szubie szykuje się do abordażu. Nie ma najmniejszych szans, by mnie ominęła, bo po pierwsze: wąska nie jest; po drugie: z futrem jest jej 3x tyle. Cóż z tego, że wychodzący ma pierwszeństwo – ona musi wsiąść pierwsza. Niedoczekanie jej. Ja wysiadam, ona wsiada; z czołowego zderzenia ja wychodzę lepiej, bo panią po prostu zniosło, ona zaś w świętym oburzeniu jeszcze zaczyna się awanturować. Nie wiem, co powiedziała – miałem słuchawki.
Kilki dni potem, w tramwaju. Na linii 4 jeżdzą przeważnie tramwaje stare, z wąskimi drzwiami. Wysiadam przy pl. Zamkowym. Tramwaj podjeżdża, na ulicy od razu całe stado chętnych. Cóż z tego, że wagon nabity do granic i wypadałoby najpierw pozwolić innym wysiąść. Nie, oni będą wsiadać. W drzwiach jednak stoję ja i idę na czołowe. Efekt – jak w metrze: stado rozegnane i święte oburzenie, że przeszedłem ‘po trupach’.
Uwaga! Siadam!
Jadę tramwajem, mam siedzące. Podjeżdżamy na przystanek i wsiada Dama koło Pięćdziesiątki. Dama w żadnym stopniu nie jest upośledzona ruchowo, zdrowa czerstwa dama. Od razu rekonesans: w prawo – zajęte; w lewo – zajęte. Wybrała ofiarę, czyli jakąś dziewczynę 20+ i staje nad nią. Dziewczę jest jednak nad wyraz niedomyślne: ) gdyż nic sobie z sapania i wiercenia się Damy nie robi. Koniec końców Dama mamrocząc coś pod nosem wysiadła po 20 minutach.
Przypadek kolejny – dawny, bo z września. Do tramwaju wsiada Dama z Rowerem. W żadnym razie nie wyglądała na taką, co to musi usiąść, bo inaczej trupem padnie.
Do jednego miejsca dobiec nie zdążyła – rower.
Zwolniło się jednak drugie i już się miała ruszyć, gdy usiadł jakiś Facet ok. Trzydziestki. Ona do niego:
- Może ja bym teraz usiadła!?
- A może nie?
- ….
- Mam ‘którąśtam’ grupę inwalidzką.
Pani się uspokoiła.
Na chorą w żadnym razie nie wyglądała, a poza tym, skoro ma siłę targać rower i pomykać na nim po mieście, to chyba naprawdę nie musi siedzieć w tramwaju, a już zwłaszcza domagać się miejsca.
10 dni temu. Jest 9ta rano, mam 39 stopni, jadę do domu. Wsiada pani. Zobaczyła mnie i sytuuje się nade mną. Nie ma najmniejszych szans, bym wstał, bo nie będę się męczył tylko dlatego, by ona wygodnie jechała. Postała nade mną, posapała, a po jakimś czasie zwyciężyła w biegu na krótkim dystansie i zdobyła miejscówkę.
Wyjaśnijcie mi w imię czego ja mam takiej rurze – bo inaczej się tego nazwać nie da – ustąpić miejsca? Dlaczego ja mam wstać, a takie ‘chamstwo’ będzie jechało na siedząco? Bo jest starsza. Przykro mi, ale to akurat na mnie żadnych nowych obowiązków nie nakłada.
Nie wiem, skąd się wzięło u osób starszych (=ode mnie) to przekonanie, że one muszą siedzieć i cały świat czeka tylko, by im tego miejsca ustąpić?
Skąd ten kompletny brak elementarnej uprzejmości? Skąd to kompletne nieliczenie się z innymi?
Mnie nauczono, że jeśli miejsc siedzących nie ma, to stoję, a żeby wsiąść, to trzeba najpierw pozwolić innym wyjść.
Ustępuję miejsca w 4 przypadkach:
1. Kobiety w ciąży – zawsze.
2. Matki z małymi dziećmi. Z tej kategorii wypadły babcie z wnukami, a wypadły, bo kilka razy było tak, że babcia wnuka sadzała, a sama stała. Przykro mi, jeśli ona jest na tyle wytrzymała, by stać, to ja będę siedział, a nie jej 4 letni wnusio.
3. Osoby mające problemy z poruszaniem się. Nie zawsze, bo jeśli widzę dziadka z laską, który nie miał problemu wziąć laskę pod pachę i dobiec do autobusu……
4. Jeśli ktoś do mnie podejdzie i powie, że paskudnie sięczuje, że mu słabo, etc. i czy ja mógłbym mu ustąpić – wstanę, bo kilka razy sam jechałem z gorączką i ledwo się trzymałem na nogach.
Ustąpienie miejsca w pozostałych przypadkach zależy już tylko i wyłącznie od mojego nastroju oraz od tego, czy danego dnia ludzkość niczym mi się nie naraziła.
Ech, trochę się zirytowałem.

