Pan Cejrowski oznajmił wczoraj (lub przedwczoraj, bo już prawie druga), że zrzeka się polskiego obywatelstwa.
Oznajmił, a przy okazji zasypał nas masą faktów, z których, jeśli wierzyć Tierralatinie, większość została wyssana z palca razem z krwią matki. Nie wiem, nie bedę sprawdzał, nie orientuję się, nie interesuje mnie to.
W każdym razie ww. Cejrowski zdobył się na szczerość i, zamiast uderzać w bogoojczyźniane tony, szczerze wyjawił nam, że powody zrzeczenia sie polskiego obywatelstwa są następujące: zniewolenie przez UE (no dobra, tu trochę wiejskim patriotyzmem zapachniało), wysokie podatki i wkurzająca biurokracja w Ojczyźnie. Szczerze, a to się zawsze liczy, że aż zacytuję słowa naszego wielkiego rodaka “prawda was wyzwoli”.
Niestety, pana Cejrowskiego szczerość nie spodobała się Wojtkowi W., ktory na swoim blogu (zazwyczaj nie linkuję do tych, co to mają krzyż na piersi, a browning w kieszeni, ale na studiach nauczono mnie, że źródła - nawet głupie - się podaje). Pan Wojtek wyznania pana Wojtka nazywa publiczną deklaracją zdrady Państwa i Narodu (obowiązkowo dużą literą. Baczność! Do hymnu! Spocznij, wolno palić.), i dalej w podobnej manierze, że ani ograniczenie suwerenności Państwa przez inny, zewnętrzny podmiot, ani mniej korzystny system podatkowy, niż gdzie indziej – nie mogą być podstawą zrzeczenia się obowiązków względem własnego Narodu i Państwa.
Hm, nie orientuję się - ja to się ogólnie mało orientuję, taki jestem płytki, jak ten, nie przymierzając, zlew - czy jakikolwiek dokument precyzuje, co może być podstawą zrzeczenia się obowiązków wobec, etc, etc, etc. Według mnie decyduje widzimisię zainteresowanego. Pozwolę sobie posłużyć się przykładem mojej skromnej osoby. Od 1,5 roku siedzę w Niderlandach. Jeśli wytrwam tu jeszcze 3,5, to będę mógł - i zrobię to - wystąpić o niderlandzkie obywatelstwo. Co mi to daje? Przede wszystkim, zamieniam Lecha na Beatrix. Dla mnie OK. Goooood shaaaaaave the Queen! Po drugie, zamiast paszportu z orzełkiem będę miał paszport z lwem. Też w porządku. Podatki i tak płacę w Niderlandach - chyba 34% - ale przynajmniej mam tę błogą pewność, że nie idą na Świątynię Opaczności Bożej, pomniki naszego wielkiego rodaka i inne podobne, a nikomu niepotrzebne bzdury. Biurokracja? Mam wrażenie, że ona zasadniczo wszędzie jest taka sama, ale przed niderlandzką na razie klękam i oddaję jej pokłon, o czym może już wkrótce.
Co do zniewolenia, to jakoś go nie odczuwam. Powiem nawet, że jakiś taki swobodniejszy się zrobiłem.
Czy paszport niderlandzki da mi możliwość podróży do Stanów bez wizy (jako obywatelowi “starej unii”) nie wiem, i prawdę powiedziawszy, nie dbam o to, gdyż Stany jakoś nigdy mnie nie pociągały, więc i z nowym paszportem bardziej ciągnąć raczej nie zaczną.
Poza tym, dostając obywatelstwo niderlandzkie, polskiego zrzekać się nie mam zamiaru - przynajmniej na razie.
Czyli co nam wyszło? Że pragmatyzm bierze górę. Pozostaje jednak coś takiego, jak więzy krwi, język, historia, poczucie odrębności i tożsamości narodowej, tęsknota za krajem. Co z tym?
Mówiąc o krwi muszę nieskromnie przyznać, że nie jestem prawdziwym Polakiem, ale rasowym mieszańcem (nie w drugim pokoleniu, ale zawsze). Mam w sobie krew niemiecką, mam ukraińską. O tych wiem. Zakładam, że domieszka semicka też się pewnie znajdzie. Jeśli więc do tego dodamy coś z “serojadów”, to też się nie obrażę. Ponadto, w Niderlandach byłem brany za Hiszpana, za Rosjanina, za Holendra, za Francuza - wielokrotnie, niektórzy nawet mówią do mnie z miejsca po francusku - ale nigdy za Polaka. Co więcej, koleżanka w pracy stwierdziła, że na Polaka to ja w żadnym razie nie wyglądam. Nie przeszkadza mi to.
Język. Cały czas polskiego używam, choć w mowie to ledwie z dwiema osobami (no, czasem rozmawiam też ze sobą, ale nigdy nie byliśmy jakoś blisko, więc się nie liczy). Uważam, że jest piękny, miejscami cudownie skomplikowany i uwielbiam cytat z jednego filmu “to Polak, oni tak szeleszczą”.
Historia. Znałem, widziałem i mam wrażenie, że w przeciwieństwie do Wojtka W. pamiętam nie tylko jasne jej strony. Przyznaję się bez bicia, bez historii - ale nie tylko polskiej - nie byłbym tym, kim jestem, czyli takim złośliwym sukinsynem. Zatem mamy “plusa”.
Poczucie, zeg maar, polskości. Otóż, drogi czytelniku, gdy czuję “polskość” koło siebie, to przeważnie zaczynam żałować, że rozumiem polski język. Gdy przyjechałem na 3 miesiące do Polski to wyprawa do centrum miasta w towarzystwie rodaków, była przeżyciem wysoce traumatycznym, ze względu na to, co rodacy mówili, jak mówili i jakie mieli poglądy. Tę polskość widzę czasem w tramwaju w Amsterdamie, gdy polskojęzyczny debil w świętym oburzeniu dziwi się, że czarnoskóra konduktorka śmiała mu sprawdzić bilet. Tę polskość poczułem, gdy jeden jedyny raz w Niderlandach zostałem zwyzywany od pedałów.
Ta polskość owionęła mnie podczas oglądania słynnego prezydenckiego orędzia i słuchania, jakim to zagrożeniem dla porządku moralnego Prześwietnej Pospolitej Rzeczy byłby zarejestrowany związek mój i mojego chłopaka. Możnaby długo.
Tęsknota? Owszem jest, ale za: rodziną, przyjaciółmi, Tatrami (chcę w góry:(), kilkoma miejscami w Warszawie, Krakowem, wyprawą pod namiot do Warki, nie za Polską jako taką.
Czyli co nam wyszło? Judasz pełną gębą? Zdrajca i sprzedawczyk? No chyba. Rejtanem w każdym razie nie będę, a skoro za “cwela” się nie obraziłem, to i zdrajcę jakoś przeżyję.
Tak więc pana Wojtka C. rozumiem i dziękuję za szczerość, zaś pana Wojtka W…….też rozumiem, za szczerość też dziękuję i dodam jeszcze, że niczego innego się nie spodziewałem.
Na koniec anegdota. Była już gdzieś na tym blogu, ale dawno.
Na IV roku, podczas seminarium, nasz profesor opowiadał nam, jak to zapytał pewnego Holendra, co dla niego znaczy ‘ojczyzna’. Ów odpowiedział: wiesz co, pod Amsterdamem jest takie miejsce, myśmy tam w XVII wieku przetrzepali skórę Hiszpanom i ja tam znam dokładnie punkt, w którym mój przodek strzelał z muszkietu. Lubię tam czasem pójść i pospacerować w ciszy. Tam jestem u siebie.
Koniec zatem, już prawie trzecia.
Kreślę się,
Kallipygos