Zabezpieczony: Istota

•poniedziałek, Wrzesień 5, 2011 • Wprowadź swoje hasło, aby zobaczyć komentarze.

Ten wpis jest zabezpieczony hasłem. Aby go zobaczyć, proszę wprowadzić swoje hasło poniżej:


Z d*py garaż

•niedziela, Maj 15, 2011 • 8 komentarzy

Byliśmy w Garażu.
Wiem, była wczoraj Noc Muzeów, ale miałem jeszcze czkawkę po zeszłorocznej, kiedy to jedyne, czego się naoglądałem, to kolejki niczym za późnego Gierka. Zdecydowaliśmy się zatem odpuścić sobie NM i zajrzeć do ‘nowego’ lokalu na homomapie stolicy. Jeśliby się zastanowić, to jednak miało to w sobie coś z nocy muzeów, gdyż było ciemno i ciekawi byliśmy eksponatów.

Mijamy bramę – zamiast starego półmetrowego ogrodzenia, mamy dwumetrowe, zasłaniające wszystko ogrodzenie.

Nie ma akwarium. Szkoda, gdyż miejsce – dla mnie – symboliczne :>

Szatnia. Jest.

W środku widać, że odnowione, czysto, schludnie. Jak dla mnie duży plus w porównaniu z Rasko.
Dopada nas właściciel, wita i informuje, że: jeśli muzyka – muzyka?! – jest za głośna, to możemy wyjść do ogródka; że krzeseł i stołów póki co nie ma, że darkroom jeszcze nie gotowy – niet te geloven! -  oraz że w dawnym chilloutroomie jest impreza zamknięta: urodziny! A! No i rzecz jasna że alkohole 50% taniej.

Wzięliśmy po piwie i wyszliśmy do ogródka. Pogadaliśmy, popsioczyliśmy na wszystko wokół i dość szybko się zwinęliśmy.

Zastanawia mnie, jaki trzeba mieć zmysł do handlu, żeby na dzień otwarcia lokalu nie zorganizować stołów i krzeseł? Może w myśl zasady, że na stojąco więcej wchodzi?
Zastanawia mnie też, po kiego diabła w dniu otwarcia lokalu organizuje się imprezę zamkniętą i odcina gości – którzy w sumie powinni lokal jak najlepiej poznać – od jego części? Nabieram podejrzeń, że wszystkie krzesła zniknęły właśnie na zamkniętej imprezie.
Gdybyście, drogie dzieci, nie pamiętały, to gdy otwierano poprzedni lokal tego właściciela, w dniu otwarcia zabrakło piwa, obsługa latała na stację benzynową i potem serwowała puszkowe, a jakiś czas później w lokalu zabrakło półlitrowych szklanek do piwa. Jak widać, dużo się od tamtych wesołych czasów nauczono w kwestii prowadzenia klubu.
Zastanawia mnie też, jakie trzeba mieć wióry zamiast mózgu, żeby poprawiać sobie poczucie własnej wartości organizowaniem urodzin w dniu otwarcia knajpy, ale to już nie pytanie/zarzut do właściciela Garażu.

Muzyka? – coś grało i błyskało, ale było tragiczne. Oprócz tego, że było tragiczne, było też tak głośne, że nie dało się w środku pogadać. Wiem, czego ja wymagam: rozmowy w gejowskim lokalu?

Kończąc: jeśli będę chciał po prostu pójść na piwo, to pójdę gdzieś indziej. Pójdę tam, gdzie da się usiąść, porozmawiać bez wyrywania płuc i zdzierania strun głosowych i gdzie nie będzie tabunu egzaltowanych dam pod tytułem ‘mam emo grzywkę, białe porcięta i jestem cool’.
Jeśli nie będzie tam jakichś treściwych imprez – prawdę powiedziawszy poza Marylą II i jakimś Drag Queen Festival* nic mi nie przychodzi do głowy – miejsce należy omijać szerokim łukiem. Każdy inny pub, czy dyskoteka ma do zaoferowania więcej, niż Le Garage.

Wiadomość z OSTATNIEJ chwili!
Właśnie mi uprzejmie doniesiono, że w piątek w lokalu zabrakło kufli do piwa ;)

* Niestety, podczas Drag Queen Festivalu – niestety, nie tylko wtedy – grozi nam występ Żakliny.

λ´

•piątek, Styczeń 21, 2011 • Dodaj komentarz

εἰ δὲ τι
ἔχοι καλῶς, τῷ παιγνίῳ δότε κρότον
καὶ πάντες ἡμᾶς μετὰ χαρᾶς προπέμψατε.

Krejzy pikczers

•niedziela, Styczeń 16, 2011 • 2 komentarzy

Hm….
Postanowiłem – ot, takie niezobowiązujące postanowienie na niedzielę – nie sprawdzać, czy moi studenci* mają konta na FB. Okazało się bowiem, że mają, świetnie sobie tam radzą, ale niestety umiejętność reglamentowania dostępu do zdjęć jest im, przynajmniej na razie, obca.

Po co mi to.

 

*obojga płci

Weekend już się zaczął:)

•piątek, Październik 1, 2010 • 3 komentarzy

Świat się, moi drodzy, kończy.

Najpierw zamknięto Mekkę Lansu, czyli Utopię. Różni różnie mówią: jedni, że klub odrodzi się niczym feniks w ‘nowym, owianym tajemnicą superhipercoolodjazdowym miejscu’; drudzy, że była to zwykła plajta i uwierzą, gdy zobaczą. Jako złośliwy gnom przychylam się do zdania tych drugich.

Dziś natomiast okazało się, że największa sieć gejowskich klubów w Polsce, czyli Gymnasion, ogłosiła upadłość.
Podobnie jak Utopia, miejsce to nie zaskarbiło sobie mojej sympatii i podobnie jak po Utopii, płakał po nim nie będę. Ot, padło kolejne miejsce schadzek. Owszem, w teorii była to siłownia, ale w praktyce targ z ‘mięsem’.
Owszem, de gustibus enzovoort i nie moja to sprawa, ale w takich sytuacjach odzywa się ‘wegetariańska’ cząstka mojej duszy.

„Martwi” mnie jednak, gdzie te biedne żuczki, które traktowały Gymnasion jako miejsce podrywu, się podzieją. Niestety, jeśli upadek sceny potrwa jeszcze trochę, to pozostanie tylko szalet na Centralnym i wspólne sikanie w Parku Skaryszewskim.

Sialalala!

•wtorek, Wrzesień 28, 2010 • 2 komentarzy

- O zapłacie i mowy być nie może. Mowy być nie może o groszach, bom ja nie kupiec i nie lichwiarz. Zadowolę się jałmużną, datkiem jakim skromnym, a i to nie z góry bynajmniej, lecz po skończonym dziele. Względem zaś jadła i napitku, to przypominam wam, wielebny ojcze, słowa Ewangelii: złe duchy wyrzuca się tylko modlitwą i postem*.

O likwidację sklepów z dopalaczami będzie się modlić grupa młodzieży, skupiona przy kościele św. Jana w Stargardzie Szczecińskim.

- Modlitwa to pomysł młodych ludzi – mówi Radiu Szczecin ks. Rafał Sorkowicz z parafii św. Jana. – Kilkoro z nich zaproponowało taką modlitwę.

Modlitewna manifestacja przeciwko dopalaczom zacznie się dziś o 15.00. Stargardzka młodzież będzie się modlić w intencji zamknięcia sklepów z dopalaczami pod pomnikiem papieża Jana Pawła II w centrum miasta.

Starzy ludzie powiadaja, że gdy bog chce kogoś ukarać, to mu rozum odbiera. Dziwnym trafem, jeśliby się tak dookoła rozejrzeć, kary spadają głównie na ludzi w tego boga wierzących. Wot, paradoks!
Jak doskonale wiadomo, najlepszym sposobem, by coś się (nie)stało, jest pomodlenie się w tej intencji. Petycje, wnioski, ustawy etc. najmniejszego nie mają sensu i są zwyczajnie przereklamowane. Najlepsza jest modlitwa.
Ciekaw jestem, czy gdy młodzież ze Stargardu chce być niewidzialna, to kuca w kaciku i zamyka oczy; przecież, jeśli ja kogoś nie widzę, to on mnie też nie.
Zatem katolicka młodzież się pomodli i PAF! nie ma sklepów z dopalaczami.

*palec w górze*
- Tak? Jakieś pytanie? Pan proszę!
- Czy grupa katolickiej młodzieży słyszała o dziurze budżetowej?
- ….

Pijany uczeń gimnazjum w Bisztynku wywołał awanturę z nauczycielami, zdemolował gabinet dyrektora szkoły i groził mu śmiercią – poinformowała warmińsko-mazurska policja. Chłopak miał ponad dwa promile alkoholu w organizmie (=pod pomnikiem JPII, jeśli ktoś w to wątpi).

A ja myślałem, że ‘grupa katolickiej młodzieży’ ze Stargardu wzięła się za dopalacze, gdyż problem alkoholizmu wśród młodzieży mamy już rozwiązany. O! Sancta simplicitas!

Proszę Państwa, wychodzę! Do lasu.
Mam nadzieję, że akurat tam takich wybitnych katolickich młodych umysłów nie spotkam [=w końcu są pod pomnikiem JPII (=tam, gdzie ich miejsce)].
Chyba, że ‘grupa katolickiej młodzieży’ zdążyła się już w jego intencji pomodlić.
W końcu lasy tropikalne znikają….

RATUJCIE WIELORYBY!!!!

*A. Sapkowski, ‘Narrenturm’.

Olaboga! Utopce!

•środa, Sierpień 11, 2010 • 12 komentarzy

Dochodzę czasem do wniosku, że bogowie jednak mnie kochają. Wróciłem bowiem z Krainy Chichów, gdzie przebywałem dłużej, niż wyjeżdżając mogłem się spodziewać, a tu u Abiekta na blogu pocieszna informacja, że zamykają Utopię.
Artykuł na ten temat ukazał się też na GW i chociaż Abiekt trochę już go popunktował, to ja sobie pozwolę.

Pisze Maciej Nowak:
Zamyka się najsłynniejszy klub Warszawy, Polski, a pewnie i tej części Europy. W chwili otwarcia w siedzibie Naczelnej Rady Spółdzielczej był pierwszym lokalem gejowskim w Polsce.

Czyli jak w dobrym pornosie: na początku zrobię wam loda, a potem napięcie będzie wzrastać. Nie wiem – i w sumie mnie to nie interesuje, w jakiej części Europy p. Nowak bywa(ł), ale ja bywam w tej, w której o Utopii nie słyszano.
Po drugie, jak słusznie zauważył – nie tylko – Abiekt, Utopia nie była pierwszym homo-lokalem w Polsce. Nie wiem, z czyjego palca p. Nowak tę informację wyssał, ale radzę zmienić źródło.

Gdy w sobotnią noc po klubowej Warszawie przeleciała piorunująca wieść, że zamykają Utopię, trudno było w to uwierzyć.

Pomknąłem na Jasną i mijając Piotrka, selekcjonera, chciałem usłyszeć zaprzeczenie:

Czyli jednak duch gramatyki w narodzie nie ginie. Jest fantazja! Oto zwykły gej(?), Maciej Nowak, w sobotnią noc zrywa się z miejsca, mknie na ulicę Jasną, do pierwszego (jak sobie wymyślił) i najsłynniejszego (jak sobie ubzdurał) lokalu gejowskiego Warszawy, by usłyszeć zaprzeczenie. Powiem Wam, że nawet ja, człowiek powity przez fonologię z morfologią i do chrztu trzymany przez syntaksę nie mam takich jazd ;)

- To chyba plotki? – Niestety, to prawda. Po dziewięciu latach nieustającego wrzenia zamyka się najsłynniejszy klub Warszawy, Polski, a pewnie i tej części Europy.

Ha! Praw fizyki nie oszukasz. Wrzało, wrzało i wyparowało. Dzieci, na następną lekcję zadanie: pójdźcie na Jasną 1 i sprawdźcie, w jakiej temperaturze paruje lanserstwo.

Zapyta ktoś, skąd u mnie taka niechęć do tego lokalu.
Otóż nie jest tak, że że ja pałam nienawiścią akurat do Utopii, a inne lokale tego typu kocham. Nie. ja po prostu nie cierpię tego typu lokali.
Nie cierpię miejsc, do których wejście zależy od widzimisię jakiegoś ‘selekcjonera’.
Nie cierpię miejsc, do których wejście zależy od wartości ciuchów, które w danym momencie ma się na sobie.
Nie cierpię miejsc, do których wejście zależy od markowych metek, które do ww. ciuchów powinny być przyczepione i dawać po oczach; żeby ktoś przypadkiem nie przeoczył, że slipy mam z logo – większym, niż slipy – Deutsche & Gestapo.
Nie cierpię miejsc, w których wszyscy wyróżniają się tym, że wyglądają tak samo, czyli mają te same ww. ciuchy, te same ww. metki, te same fryzury i ten sam żel na włosach.

Ktoś powie, że mam urazę, gdyż:
a) na markowe ciuchy mnie nie stać.
b) do kanonu męskiej urody nie należę.
c) oczekuję niewiadomoczego po klientach takiego lokalu.

Niestety, nie o to chodzi.
ad 1) Ja jestem człowiek prosty, więc czasem naprawdę trudno mi pojąć, dlaczego jedne jeansy są lepsze od innych tylko dlatego, że mają ‘metkę’. Czy mój kuper będzie w nich lepiej wyglądać? Nie będzie.
Czy moja klata będzie ładniejsza w markowej koszulce? Nie, będzie tą samą, szczupłą kallipygosową klatą, co w tszercie za 20 zeta. Owszem, jest kilka marek, od których jestem uzależniony, ale i tak nie widzę powodu, by topić kolejne złotówki w ‘metkach’.
ad 2) Cóż, Kallipygos jaki jest – każdy widzi. Niemniej, po trzech latach spędzonych w Amsterdamie, gdzie w klubach bywał najprzeróżniejszych i gdzie był wszędzie bez mrugnięcia okiem wpuszczany, doszedł do wniosku, że nie pozwoli, by go jakakolwiek polska ciota – np. Piotrek – oceniała i decydowała, czy jestem wart/godzien wejścia do danego lokalu.
ad 3) Tu będzie anegdota: mój dobry znajomy w Utopii był. Kiedyś jeden z bywalców poprosił go, by się przesunął, gdyż go….zasłania. Cóż, jeśli jest to średni poziom umysłowy bywalców Utopii, to ja pięknie dziękuję. Poza tym, jako osoba, która nigdy tam nie była, jedyne pojęcie o ludziach tam bywających mam na podstawie zdjęć. I co? I nic. Tak, jak napisałem powyżej, wszyscy wyróżniają się tym, że są identyczni.

Zbliżamy się do końca i mam prośbę: czy któreś z Was mogłoby mi wyjaśnić, dlaczego przez 3 lata w A’damie nie trafiłem na żaden lokal z selekcją (przed chwilą zasięgnąłem opinii Raya, który wciąż tam mieszka i on też nie trafił), natomiast w Polsce jest to rzecz często spotykana? Co jest takiego wyjątkowego w np. Utopii, że mogą tam wejść tylko specjalnie dobrani goście, a do klubów amsterdamskich wpuszcza się wszystkich, o ile tylko są kulturalni (wyłączając imprezy tematyczne)? Jedyne, co mi przychodzi do głowy, to świadomość tego, że żyje się w zaścianku i selekcja to jedyny sposób poprawienia sobie poczucia własnej wartości.

Kończąc: z powodu zamknięcia Utopii, nie jest mi przykro, nie ronię łez i nie rozdzieram szat. Jeśli cokolwiek odczuwam, to zdziwienie, że działała tak długo, że przez 9 lat pojawiali się ludzie, dla których wejście tam było wyznacznikiem awansu towarzyskiego i że wciąż są ludzie, którzy z powodu jej zamknięcia są w stanie zerwać się w środku nocy i lecieć tam, by usłyszeć zaprzeczenie.

Czy to mąż….

•wtorek, Lipiec 27, 2010 • 7 komentarzy

Hm, czyżby powiew normalności….?

Zobaczymy….

:D

•sobota, Lipiec 24, 2010 • 1 komentarz

- Słuchasz mnie, Stibbons?
Myślak zamrugał.
- Eee…. Przepraszam, nadrektorze. Właśnie…. obliczałem.
- Pytałem, kim jest ten wysoki gość z małą bródką.
- Tamten? To profesor Bengo Macarona, nadrektorze. Z Genoi. Pamięta pan? Roczna wymiana za profesora Prawicza.
- A tak. Biedny Prawicz. Może w obcym języku nie będą się z niego tak śmiali. A pan Macarona przybył tu po naukę? Z pewnością chce popchnąć swoją karierę.
- Raczej nie, nadrektorze. Ma doktoraty z Unki, QIS i z Chubbu, łącznie trzynaście, jest wizytującym profesorem w Rospyepsh, cytowanym w dwustu trzydziestu sześciu pracach oraz jednym, ehm, wniosku rozwodowym.
- Co takiego?
- Zasada celibatu nie jest tam ściśle przestrzegana, nadrektorze. Mają gorącą krew, jak rozumiem. Jego rodzina posiada ogromne ranczo i największą plantację kawy poza Klatchem. Wydaje mi się również, że jego babka jest właścicielką Towarzystwa Żeglugi Morskiej Macarona.
- Więc jak, do wszystkich piekieł, trafił do nas?
- Chce pracować z najlepszymi, nadrektorze – odparł Myślak. – Myślę, że mówi poważnie.
- Naprawdę? No tak, wydaje się całkiem rozsądny. Ehm… a ten wniosek rozwodowy?
- Niewiele wiem, nadrektorze. Sprawa została zatuszowana.
- Rozgniewany mąż?
- Rozgniewana żona, jak słyszałem – odparł Myślak.
- Ach, czyli był żonaty, tak?
- Według mojej wiedzy nie, nadrektorze.
- Chyba nie całkiem rozumiem – oświadczył Ridcully.
Myślak, który także nie czuł się zbyt pewnie w tej dziedzinie, powiedział bardzo powoli.
- Była żoną innego mężczyzny, jak… sądzę, nadrektorze.
- Ale ja…
Myślak spostrzegł z ulgą, że twarz Ridcully’ego rozjaśnił blask zrozumienia.
- Aha, chodzi o to, że był jak profesor Hayden. Pamiętam, miał zabawne przezwisko.
Myślak przygotował się na dalszy ciąg.
- Wężak. Strasznie lubił węże. Godzinami potrafił opowiadać o wężach, z niewielkim dodatkiem jaszczurek. Bardzo.
- Cieszę się, że tak pan uważa, nadrektorze. Ponieważ wiem, że część studentów…
- Był też stary Postule w naszej osadzie wioślarskiej. Machał sterem przez dwa cudowne lata.
Mina Myślaka się nie zmieniła, choć twarz stała się przez moment zaczerwieniona i błyszcząca.
- Najwyraźniej sporo tego się dzieje – mówił dalej Ridcully. – Ludzie robią tyle zamieszania… Ja tam uważam, że za mało jest na świecie miłości. Zresztą powiadam, że kto nie lubi towarzystwa mężczyzn, ten tutaj nie przychodzi. Brawo dla niego!*

Dawno nie było Pratchetta ;)

* Terry Prachett, ‘Niewidoczni akademicy’.

O! Polak! O! Katolik! O! O! Onyszko!

•wtorek, Lipiec 20, 2010 • 4 komentarzy

Motto: Kara czasem przychodzi tak późno, że wygląda jak krzywda.

Był sobie bramkarz. Tzn. jeszcze jest, bo żyje, ale bramkarz to już ponoć były, gdyż ciężko chory.

Otóż okazało się, że niejaki Arkadiusz Onyszko, z zawodu bramkarz, ma chore nerki.
W normalnej sytuacji stwierdzilibyśmy ‘szkoda człowieka’; p. Onyszko naraził się nam jednak.
Przede wszystkim okazało się, że jest Prawdziwym Mężczyzną, czyli lubi przyłożyć żonie. Wiem, wielu moich rodaków pomyślałoby ‘kto nie lubi?!’
Potem okazało się, że on generalnie nie lubi kobiet, zwłaszcza mądrzejszych od niego (=czyli wszystkich z wyłączeniem np. posłanki Sobeckiej; zbieżność poglądów przypadkowa). Tutaj wielu z moich rodaków też by się z naszym bramkarskim skarbem zgodziło.
Wreszcie dowiedzieliśmy się, że oprócz bycia Prawdziwym Mężczyzną, p. Onyszko jest Polakiem Katolikiem ergo nienawidzi homoseksualistów (=jak wielu moich rodaków).
Bicie żony zaowocowało aresztem i noszeniem policyjnej obroży.
Awersja do kobiet zaowocowała problemami z duńskim pracodawcą.
Nienawiść do homików zaowocowała kompromitacją w Anglii. Nasz biedny żuczek pojechał do Plymouth na testy, ale klub go olał, bo jeden z wysoko postawionych oficjeli jest homo i nie chciał zatrudniać Polaka Katolika.
‘Po owocach ich poznacie’, mówi Pismo.

Jakby komuś było mało, p. Onyszce grozi proces, gdyż przed obecnym pracodawcą zataił chorobę nerek i raczej nie da rady grać w piłkę po przeszczepie. Kontrakt zaś zawarł i pieniądze, niemałe, bierze.
Pachnie szwindlem i kryminałem, ale dla Polaka Katolika to chleb powszedni, więc w ogóle dziwię się, że o tym wspominam :)

„Jestem katolikiem, więc nienawidzę homoseksualistów”

Słodko, prawda? Ja zaś katolikiem nie jestem, więc i p. Onyszki nie nienawidzę. Czy cieszę się, że ma chore nerki? Hm, moje Id wyrywa się, by na to pytanie odpowiedzieć…. Nie, nie cieszę się; chciałbym tylko, by p. Onyszko w chwili otrzymania informacji, że jest dla niego nerka do przeszczepu zapytał, jakiej orientacji był dawca. Oczywiście, gdyby dawcą okazał się pedał, p. Onyszko, jak na Prawdziwego Polaka Katolika przystało powinien odmówić przyjęcia. Jeśli nerkę przyjmie, okaże się zwykłą ciotą.

 
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.