Fun Home

•Środa, lipiec 8, 2009 • Komentarzy: 3

Drogie czytelniczki! Drodzy czytelnicy!

Po wnikliwych konsultacjach z Panem Bogiem, Jezusem Chrystusem – jego synem, oraz ich enigmatycznym przyjacielem, Duchem Świętym, Callipygian Institute we współpracy z Fundacją ‘Żywi przeciwko Trzeźwości’ przyjął do grona autorów niniejszego bloga Navairę i ma zaszczyt przedstawić Państwu pierwszy – ufając, że nie ostatni – z jego felietonów. Zapraszamy!

Kallipygos

Z dalekiego kraju nad Wisłą przyfrunęła do mnie książka Alison Bechdel “Fun Home” w polskim tłumaczeniu pp. Wojciecha Szota i Sebastiana Buły. Utwór ten wpisuje się w prowadzoną konsekwentnie przez wydawnictwo abiekt.pl politykę świadomej promocji homoseksualizmu (ciekawe swoją drogą, jak wygląda opłacalność finansowa takiego przedsięwzięcia – jak przekonało się pismo Inaczej, polscy homoseksualiści swoje pinionszki raczej cenią i wydają wyłącznie na rozrywkę najwyższego kalibru, tzn. pornosy). “Fun Home” jest komiksowym pamiętnikiem Alison – pamiętnikiem fascynującym, mieszającym dystans wobec samej siebie i własnej rodziny z ekshibicjonizmem, tragedię z komedią, śmiech ze łzami. Rysunki, do których dobrze pasuje wyraz “understated” i tekst stanowią nierozerwalną całość; trudno powstrzymać się od refleksji, że ten pamiętnik nie mógłby funkcjonować równie dobrze w żadnej innej formie.

Pamiętnik jest określeniem z lekka mylącym, gdyż Alison tylko w połowie pisze o sobie; równie dobrze można powiedzieć, że w formie komiksu tworzy biografię swojego ojca, kryptogeja, który usiłuje godzić życie w małym miasteczku z dwójką dzieci i swoje zainteresowanie młodymi, silnymi chłopakami, pojawiającymi się w domu celem pomocy w ogrodzie lub wypożyczenia książki. W komiksie pojawia się również matka, jednak to ojciec nadaje ton i kształtuje życie i osobowość Alison; ta podwójna psychoanaliza fascynuje i wciąga, bawi i smuci zarazem, podobnie jak tytuł niosąc dwa diametralnie różne rodzaje wrażeń.

Szata graficzna doskonale pasuje do treści. Od wściekle różowej okładki, ukrytej pod szaro-zieloną obwolutą i przez to zgoła przesadnie symbolicznej przechodzimy wewnątrz książki z powrotem do mieszanki zieleni z czernią i szarościami. Powoduje to wrażenie, że całość komiksu rozgrywa się na jesieni, niezależnie od tego, o jakiej porze roku wspomina autorka. Tekst pisany odręcznie w oryginale jest również pisany odręcznie w wersji tłumaczonej; grafik nie poszedł na łatwiznę i nie użył fontu-pisanki, definicje słownikowe również wyglądają “jak prawdziwe”. Książka wygląda jednocześnie bardzo poważnie, nieomal ponuro – i, przez różową okładkę, wściekle dziko. Nie widziałem oryginału, ale uważam, że wersja polska została zaprojektowana na piątkę z plusem.

Przyczepię się za to do czegoś zupełnie niespodziewanego (jak mniemam). Tłumaczenie utworu musiało być katorgą. Od problemów z Wilde’em (tytuł “The importance of being earnest” w języku angielskim zawiera uroczy dwuznacznik, który ginie w obu polskich wersjach, a odgrywa rolę w książce), przez różnorakie dzieła, jakie cytuje autorka, aż do samego tytułu (”Fun Home” jest skrótem od “Funeral Home”, czyli “Dom pogrzebowy” – konia z rzędem temu, kto przetłumaczy tę grę słów). Wszystkie trudności, jakich przysporzyło tłumaczenie panowie Szot i Buła wymieniają w posłowiu… i właśnie posłowie mnie zirytowało. Panowie piszą mianowicie tak:

W przypadku słowa ‘butch’ o pomoc [w tłumaczeniu] poprosiliśmy osoby najbardziej nim zainteresowane, czyli lesbijki [...] Musimy zastrzec, że opinia, by nie tłumaczyć tego słowa (ew. utworzyć formę ‘bucz’) jest dla nas niezrozumiała. Tworzenie wspólnej tożsamości ludzi o orientacji homoseksualnej wiąże się też z konstruowaniem języka i dobrze by było, gdybyśmy potrafili wypracować nasze słowa, a nie zapożyczać istniejące już formy.

Tak zganiona czytelniczka-lesbijka, broń Istoto nie butch, tylko, bo ja wiem, męskoosobowa, ma prawo nieco się zdziwić, czytając kawałek dalej:

Queer to w znaczeniu słownikowym: dziwak, dziwny, dziwaczny, podejrzany, śmieszny. [...] Dr Tomasz Basiuk proponuje tłumaczenie “odmieniec” [...] W Polsce przyjęło się jednak używanie angielskiego ‘queer’ bez przekładu (podobnie jak ‘gender’).

No QUEERY WY MOJE DROGIE! Toż przeca dobrze by było, gdybyśmy potrafili WYPRACOWAĆ! No ale rozumiem, że jeśli słowa używają byle lesbijki, to można im zwracać uwagę, żeby sobie wypracowywały, a jeśli geje, to jest w porządku, taaaaak?

Drugi fragment, który mnie zirytował (na ten akurat fragment tłumaczenia zwróciłem uwagę podczas lektury) brzmi tak:

Równie kłopotliwa sytuacja wystąpiła, gdy bohaterka masturbując się, używa słowa ‘wanking’. Bo czy kobiety ‘trzepią’, ‘walą’? Tutaj musieliśmy posłużyć się własną intuicją.

…bo akurat żadnej kobiety nie znamy i nie mogliśmy spytać, chce się dodać. Zresztą, jeszcze by zasugerowała jakieś słowo, które by panom nie pasowało i trzebaby ją znowu pouczać, żeby sobie wypracowywała.

Mimo penisocentrycznej arogancji tłumaczy, książkę polecam z całego serca – i nie tylko książkę, ale i posłowie, ponieważ bez niego pewne rzeczy mogą pozostać niezrozumiałe przy lekturze polskiej wersji. Nie jest to winą tłumaczy, raczej elokwencji autorki oraz (słusznej) decyzji o niezakłócaniu książki przypisami, które niekiedy zajęłyby bez mała 1/4 strony (co w przypadku komiksu byłoby nadzwyczaj uciążliwe). Żarty żartami, a “Fun Home” należy kupić, po pierwsze dlatego, że jest to bardzo dobra książka, a po drugie dlatego, żeby wydawnictwo abiekt.pl nie skończyło tam, gdzie “Inaczej” – lecz raczej wprowadzało na rynek kolejne, równie dobre tłumaczenia równie dobrych książek.

Sztuka ulicy

•wtorek, czerwiec 30, 2009 • Komentarzy: 7

Gdy byłem młody – a Kallipygos, w przeciwieństwie do Heroda, był kiedyś młody – i stawiałem pierwsze nieporadne kroki na homoseksualnej łące mej orientacji, wpadły mi, rzecz oczywista, w ręce różniaste homicze pisemka. W każdym z takich pism znajdowały się rzecz jasna opowiadania, przy których młode chłopię, jakim podówczas byłem, mogło zająć się tym, czym przeważnie zajmuje się młode chłopię przy lekturze takich pisemek. W opowiadaniach tych roiło się od kolegów z klasy; zapomnianych, a nagle odnalezionych kuzynów; chłopaków spotkanych na górskim szlaku, mężczyzn przypadkiem poznanych w sklepie; przechodniów łapiących bohatera ‘na spojrzenie’. Wszyscy oni, jeden przez drugiego, okazywali się nie dość, że homo, to jeszcze chętni, swawolni, i do wszelakich uciech gotowi. Jako, że do kolegów z klasy ciągnęło mnie raczej średnio, o zapomnianych kuzynach nic mi nie było wiadomo, na wędrówkach zawsze trafiał mi się przyzwoitek, a na zakupy chodziłem chyba do niewłaściwych sklepów, to pozostawało mi tylko ’spojrzenie’. Z tego jednak też nic nie wyszło, bo nikt nie zwracał na mnie uwagi, pomijając jednego faceta, który jechał kiedyś ze mną autobusem, był obleśny i gapił się na mnie tak, że po powrocie do domu musiałem wziąć prysznic.
Minęło kilka* lat, Kallipygos się zestarzał, nie zmądrzał, ale stał się cyniczny i ciekaw ludzkich reakcji, więc hipnotyzowanie ludzi, zwłaszcza takich, co mu się niekulturalnie przyglądają, stało się naturalną reakcją, pozbawioną, w większości przypadków, jakichkolwiek podtekstów.
Tymczasem….
Nadszedł zeszły piątek. Idziemy z Trekkiem i Meg…..po truskawki ;) Zbliżamy się do centrum handlowego. Z naprzeciwka idzie chłopak. Trochę niższy ode mnie, szczupły, jeansowe spodnie do kolan, bluza, plecak; trochę ciemniejsza karnacja; intrygujący układ kostny twarzy; włosy dłuższe, nie na tyle, by je spiąć, ale opadające, lub raczej żyjące własnym życiem po bokach jego głowy; śliczne oczy, co ciekawe nachalnie wbite w moją skromną osobę.
Odwzajemniłem spojrzenie. Chłopak mija mnie z lewej strony, nie odwraca głowy, ale, na ile pozwalają mu uwarunkowania anatomiczne, utrzymuje kontakt wzrokowy.
Idziemy dalej.
Raz.
Dwa.
Trzy
i szalony Iwan przez lewą burtę.
Chłopak doszedł do zakrętu, przystanął i patrzy na mnie.
Rusza.
My też.
Raz.
Dwa.
Trzy
i obrót przez prawe ramię.
Chłopak dotarł już do przejścia dla pieszych, stanął, odwrócił się i patrzy w moją stronę.
Zmiana świateł, on rusza, my ruszamy.

Ech, te oczy…..
Tylko……..to słodkie zjawisko miało może 17 lat….co ja miałbym z nim robić? Młodszego brata mam i, naprawdę, jednego mi dość czasami.

*naście

Anonsik

•Środa, czerwiec 24, 2009 • Komentarzy: 36

Jakiś czas temu mój znajomy założył bloga Spoza Środowiska, na którym umieszcza różne kwiatki z działu ogłoszeń homo-portali. Dziś, po przeczytaniu kolejnej porcji, też na takowy portal wszedłem, żeby zobaczyć, co też tam ciekawego się pojawiło.

A pojawiło się to:

Kategoria: Szukam Partnera
Miasto: Kraków Polska
Województwo: mazowieckie
Imię: Facet
Zainteresowania: sport, basen siłownia, rower, góry, aktywny wypoczynek, internet, muzyka, film ..

Treść (zachowano oryginalną pisownię):

Normalny podobno fajny facet, dbający o wygląd, koleś bez przegięć
skojarzeń, zniewieściałości, spoza gejklubów, środowiska
ceniący szczerość, zaufanie, lubiący sport, podróże, wypady za
miasto, aktywny wypoczynek jak i domowe zacisze, nie lubiący nudy
POZNAM: normalnego,
szczerego, młodszego (do26lat) kumpla, przyjaciela, kochanka – marzenie
to
wszystko to w jednej osobie, kogoś spoza środowiska, kogoś
nieprzegiętego, kto nie emanuuje swoja orientacją po kim nie widać na
ulicy od
razu z wyglądu ubioru stylu czy zachowania “ooo gejek spaceruje”,
kogoś komu zamiast rzeszy znajomych pseudo przyjaciół ze
środowiska wystarczy jeden facet, nie ukrywam kogoś ze spoko
wyglądem, charakterem, lubiącego sport, kolesia umiejącego się
zachować,
nie chce obciachowca czy gwiazdy na ulicy, ale fajnego normalnego
chłopaka
, nie potrzebuje pokazywać naszej miłości całemu światu,
nie potrzebuje spacerować z Tobą za ręke po ulicy, nie potrzebuję
całować
cie na mieście czy czekać na Ciebie z różą na peronie, nieee, jeśli
to
rozumiesz to już OK,
JESTEŚ NORMALNY, FAJNY, Z OLEJEM W GŁOWIE, DYSKRETNY – spoko, pisz,
nigdy
nie wiadomo kiedy coś może zaiskrzyć…. no tyle…..

Let the madness begin!

Od razu wiemy, co dla naszego bohatera jest najważniejsze: spoza gej klubów, spoza środowiska, spoza zniewieściałości, spoza przegięć. Generalnie spoza. I spoza zdrowego rozsądku.

Zachwyca mnie ten fragment o ubiorze, ta obawa, żeby ktoś brońboże nie skojarzył po stroju, że facet naszego bohatera jest homo, żeby nikt nie pomyślał ‘ooo, gejek spaceruje‘. A kim Ty jesteś, nasz bohaterze? Hetero? To w takim razie raus z homo-portalu. Gdybym już miał mieć jakieś sugestie, co do wyglądu/zachowań mojego chłopaka, to wolałbym, żeby po jego ciuchach/akcjach nikt nie pomyślał ‘ooo, debil spaceruje‘, albo ‘oooo, debil dał ogłoszenie‘.

Nasz bohater chciałby, żeby jego chłopak był podobny, a nade wszystko, żeby nie emanował swoją orientacją. Jak wiadomo, taka emanacja jest szalenie niebezpieczna dla takich typów, jak nasz bohater, bo mogłaby ich zdemaskować.
Tacy, jak on, nie mogą mieć wielu znajomych homików, bo to oznacza większe prawdopodobieństwo dekonspiracji. Ten typ może znać tylko jednego geja – a będzie to jego facet, który też będzie znał tylko jednego geja, czyli naszego bohatera. No, może jeszcze trafi im się po koleżance lesbijce, ale takiej, którą znają od kołyski, albo na którą mają teczkę kwitów, więc nie ma ryzyka, że ich wyda.

Idźmy dalej.
Ja chciałbym zobaczyć ten wypad za miasto. Jak to wygląda? Dojeżdżają osobno? Mają osobne pokoje? Może osobne domki/namioty? Przypadkowo poznają się na kempingu? Czy za każdym razem jeżdżą w inne miejsce, dla pewności, żeby nikt nie skojarzył, że już gdzieś byli razem?

A jak wygląda np. wizyta u rodziców? Wcale nie wygląda? Oj, mamo, mam dopiero 36 lat, jeszcze nie spotkałem odpowiedniej dziewczyny, hahahhahah!

Jak wygląda wyjście na piwo z kumplami z pracy? Kumple idą z dziewczynami. A nasz bohater? Sam? Co wtedy robi jego chłopak? Idzie na piwo ze swoimi kumplami z pracy? Potem zaś wracają do domu, zmieniając po 4 razy środki transportu, by zgubić ewentualną pogoń?

Drogi ?Facecie?
Wiesz, gdy się tak zastanawiam, w stosunku do kogo – jeśli w ogóle – powinienem używać słowa ciota, to wychodzi mi, że ciotą jesteś dla mnie właśnie Ty. Ja rozumiem, że niektórzy nie mają potrzeby okazywania uczuć publicznie, są bardziej skryci, etc. SpokoLuz. Tylko, że Ty jesteś dyskretny, Ty jesteś spoza środowiska, o Tobie nikt nie wie. Nie dlatego, że że nikt nie zapytał, bądź dlatego, że nie widział Cię z innym chłopakiem. Ty po prostu się boisz, że ktokolwiek mógłby wiedzieć. Nie wejdziesz do homo-lokalu, bo przecież na pewno ktoś Cię tam zobaczy. Ty się nie zniżysz do wzięcia swojego męża za rękę na ulicy. Zresztą, może nie powinienem go nazywać mężem? Przecież i tak wszystkim będziesz go przedstawiał “A, to jest Zyndram, razem pakujemy na siłce, żłopiemy piwo i zaliczamy laski, hahaha”. Nie chodzi o to, że nie czujesz potrzeby. Ty się zwyczajnie boisz. Lejesz ze strachu po nogach na myśl, że ktoś Cię zobaczy z chłopakiem. Oczyma duszy już widzisz ten moment, jak wpadacie na Twoich kumpli z pracy, oni Was widzą, wymieniają porozumiewawcze spojrzenia; Ty potem nie śpisz, bo zastanawiasz się, jak będzie wyglądał następny dzień w pracy. Strach narasta, pojawia się jąkanie, zaczynasz się moczyć w nocy, wkrada się impotencja i łysienie.
Ja się w ogóle dziwię, że z takim podejściem przełamałeś się i dałeś ogłoszenie – żeby jedno! – na portalu. Przecież na bank ktoś już sprawdza Twoje IP i tylko patrzeć, jak znajdziesz na drzwiach napis ‘pedał’.

Ty tak naprawdę chciałbyś być hetero, mieć żonę, psa, kota, dom i gromadkę barbarzyniąt. Robisz wszystko, żeby społeczeństwo uważało Cię za heteryka. Masz heteryckie zachowania, odzywki, jesteś pewnie pierwszy do opowiadania pedalskich dowcipów (im głupszy, tym lepszy). Na każdym kroku pokazujesz, jaki to Ty jesteś męski, konkretny spoko-kolo. Super! Czekam chwili, gdy powiesz, że Ty nie jesteś pedałem, a tylko sypiasz z facetami. Gdybyś miał możliwość, to skakałbyś i krzyczał do heteryków ‘Zobaczcie! Jestem taki sam jak wy! Taki normalny! Taki zwyczajny! W niektórych kwestiach bardziej hetero, niż wy sami! Please, pick me! Pick me! Oohhhh god, I’m straight!”.

Jesteś cholerną tchórzliwą ciotą, koleś, najgorszą z możliwych.

Na zakończenie:
Postanowiłem sprawdzić, jak też naszemu bohaterowi idzie szukanie, tzn. czy już kiedyś takie ogłoszenie zamieszczał. Wrzuciłem zatem słowo ‘gejek’ – wydawało mi się dość charakterystyczne – w szukajkę. Wyszło mi 91 takich ogłoszeń, w okresie od 6 stycznia ‘09 z godziny 17.02 do 22 czerwca ‘09 z godziny 01.37. Ogłoszenia umieszczane są porcjami, po kilka dziennie, w różnych województwach.

Naprawdę jestem szczerze zdziwiony, zbulwersowany, zaskoczony, wprowadzony w ekstraordynaryjny stan podniecenia, że osoba, która zmajstrowała tak fantastyczne ogłoszenie, która jest tak wspaniale męska, konkretna, nieprzegięta, nieafiszująca się ze swoją orientacją, która tak fantastycznie podnosi sobie poczucie własnej wartości poprzez ciągłe podkreślanie, jaka to ona jest ’super i w ogóle’, nie znalazła jeszcze ‘tego jedynego’.

Wot, mistyka!

Het regent

•Środa, czerwiec 24, 2009 • Skomentuj

Wyszedłem. Padało. Potoki dżdżu doprawione nieregularnymi grudkami gradu spędziły z okolicznych ławek osiedlową młodzież i amatorów niebieskiego koniaku. Przeszedłem przez ulicę i przed stacją odbiłem w prawo; oczom mym ukazała się czarna plama odbijająca się niewyraźnie na ciemnym tle nieba, lasek Olszynki Grochowskiej. Przeciąłem torowisko i skręciłem na piaszczystą drogę. Wokół panowała absolutna cisza, jeśli – rzecz jasna – nie liczyć szumu lejącej się z nieba wody. Deszcz. Spłukiwał ze mnie zmęczenie dzisiejszego dnia i wkurwienie dzisiejszego wieczoru.  - Gdzie ja znajdę takiego przyjaciela, jak ty? – Poszukaj pan w rynsztoku….. Czarny płaszcz, choć w tym momencie raczej czarna, przemoczona szmata, ciążył mi na ramionach. Na szyi i karku czułem zimne pejcze rozpuszczonych włosów. Jesteśmy tu, a tu jest teraz. Po kilkuset metrach trampki skapitulowały i zaczęły jednoczyć się z gruntem. W uszach dogorywały resztki deszczowych psów, po plecach przebiegały pierwsze dreszcze. Zawróciłem. Deszcz bulgotał w rynnach, chlustał z rzygaczy, spływał rynsztokami i tłumił wszelkie dźwięki. Puste ulice. Dobra rzecz, taki deszcz.

Chlamydia ante portas!

•piątek, czerwiec 19, 2009 • Komentarzy: 7

Nie wiem, czy pamiętacie tekst o chorobie wenerycznej, który popełniłem w sierpniu zeszłego roku. W każdym bądź razie, tamta historia zaczynała się dwa miesiące wcześniej, pod koniec czerwca (tak circa). Dziś rozmawiam z Oliveirą na gg i dowiaduję się, że przyszły do mnie w NL 3 listy, w tym jeden bez nadawcy. Jako socjopata oraz jednostka doświadczona ciężką manią prześladowczą, skupiłem się na tym anonimie i natychmiast wydałem polecenie (=uprzejmie poprosiłem Oliveirę), by list otworzył i mnie z jego treścią zaznajomił. Spodziewałem się wszystkiego…. Tylko nie tego, że będzie to list z GDD Amsterdam z dorocznym zaproszeniem na badania na okoliczność chlamydii. Czy im się wydaje, że ja nie mam co robić? W NL obecnie mnie nie ma, czyli znając życie za jakiś miesiąc należy się spodziewać kolejnego listu z uprzejmym pytaniem, czy aby otrzymałem ww. i czy będę łaskaw wysłać im mój materiał. Czy jeśli na kolejny też nie odpowiem, to pod drzwiami pojawi się ekipa złożona z rosłych mężczyzn wyposażona w kaftan bezpieczeństwa? Jeśli tak, to ja miałbym kilka uwag co do wyglądu szanownych panów doktorów, mogę mawet foty przesłać. Jeśli moje niezbyt wygórowane żądania zostaną spełnione, na pewno będę oczekiwał ambulansu :) Tak w ogóle, to ja naprawdę cenię sobie troskę, z jaką niderlandzka służba zdrowia mnie traktuje, ale to mi podpada pod nękanie. Ciekaw jestem, czy za rok też dostanę taki pachnący fiołkami bilecik, bo w poprzednim było, że chlamydia dopada ludzi przed 29 rokiem życia. Pożyjemy – zobaczymy. A, jeszcze jedno: co ciekawe, testów na HIV nie proponują, tylko tej biednej chlamydii się uczepili….

Wiedźma I

•piątek, czerwiec 19, 2009 • Komentarzy: 3

- Powinniśmy kogoś zapytać.
- O kogo ci chodzi? – zapytał sarkastycznie.
- O tę staruszkę w zabawnym kapeluszu. – Tomjon wskazał palcem. – Obserwuję ją. Ile razy na nią spojrzę, chowa się za krzakami.
Hwel odwrócił głowę i popatrzył na kołyszący się krzak jeżyny.
- Hej tam, dobra matko! – zawołał.
Krzak wypuścił oburzoną głowę.
- Czyja matko? – zapytała.
Hwel zawahał się.
- To tylko takie powiedzenie, pani… panno…
- Pani – burknęła Babcia Weatherwax. – Jestem biedną staruszką zbierająca chrust – dodała wyzywająco.
Odchrząknęła.
- Laboga – podjęła – Nastraszyliście mnie, młody paniczu. Moje biedne stare serce.
- Słucham?
- Co? – Babcia nie zrozumiała.
- Twoje biedne stare serce co?
- Co z moim biednym starym sercem? – zdziwiła się Babcia, która nie była przyzwyczajona do udawania staruszki i miała dość ograniczony repertuar. Tradycja nakazywała jednak, by podążający za przeznaczeniem młodzi następcy tronu otrzymywali pomoc od tajemniczych staruszek zbierających chrust. A Babcia nie lekceważyła tradycji.
- Po prostu pani o tym wspomniała – wyjaśnił Hwel.
- Może. Ale to nieważne. Laboga. Szukacie Lancre, jak sądzę – rzekła kwaśno Babcia, chcąc jak najszybciej przejść do rzeczy.
- Owszem – przyznał Tomjon. – Cały dzień.
- Zajechaliście za daleko. Cofnijcie się o jakieś dwie mile i skręćcie w prawo, obok kępy sosen.
Wimsloe pociągnął Tomjona za rękaw.
- Kiedy s-spotykasz ta-ta-tajemniczą staruszkę na drodze – szepnął – musisz jej za-za-zaproponować p-poczęstunek. Albo po-pomóc p-przejść rzekę.
- Muszę?
- Inaczej b-bedziesz miał p-p-pecha.
Tomjon uśmiechnął się uprzejmie do Babci.
- Czy zjesz z nami posiłek, ma… stara ko… droga pani?
Babcia zastanowiła się.
- A co macie?
- Soloną wieprzowinę.
Pokręciła głową.
- Dziękuję bardzo – rzuciła łaskawie – ale mam od niej wzdęcia.
Odwróciła się na pięcie i ruszyła przez krzaki.
- Gdybyś chciała, moglibyśmy ci pomóc przejść przez rzekę! – krzyknął za nią Tomjon.
- Jaką rzekę? – zdziwił się Hwel. – Jesteśmy na wrzosowisku. Przez całe mile nie może tu być żadnej rzeki.
- le-le-lepiej je mieć p-p-po swojej stronie – wyjaśnił Wimsloe. – Wtedy po-popomagają.
- Może trzeba było ją poprosić, żeby zaczekała, a my poszukamy jakiejś rzeki….

A tak! Wzięło mnie na Pratchetta :)

Odważni nie żyją wiecznie….

•sobota, czerwiec 13, 2009 • Komentarzy: 3

….ostrożni nie żyją wcale.

Como esta amigo
For the death of those we don’t know
Shall we kneel and say a prayer
They will never know we care
Shall we keep the fires burning
Shall we keep the flames alight
Should we try to remember
What is wrong and what is right

And if we do forget them
and the sacrifice they made
Will the wickedness and sadness
come to visit us again
Shall we dance the dance in sunlight
Shall we drink the wine of peace
Shall our tears be of joy
Shall we keep at bay the beast

Inside the scream is silent
Inside it must remain
No victory and no vanquished
Only horror, only pain

stonewall_militants

Na Paradę marsz!

To tylko noc bezoka….

•wtorek, czerwiec 2, 2009 • Komentarzy: 2

Dziś 1 czerwca – Dzień Dziecka, zatem – ponieważ mam dopiero 14 lat* – chciałem sobie zrobić dobrze jakąś nową książką, ale – jak to zwykle bywa – przejrzałem dwie: Huizingę i Maaka i nie kupiłem nic. Może innym razem. Teraz zaś otworzyłem książkę, na stronie 284 – ot, tak się trafiło – i przeczytałem to, co Wam niniejszym pokazuję:

‘Aussi tendre que Zaire’ - as tendre as Zaire – French. Alludes to the frequent repetition of the phrase, la tendre Zaire, in the French tragedy of that name. Properly introduced, will show not only your knowledge of the language, but your general reading and wit. You can say, for instance, that the chicken you were eating (write an article about being choked to death by a chicken-bone) was not altogether aussi tendre que Zaire. Write!

‘Van muerle tan escondida,
Que no te sienta venir’
Porque el plezer del morir,
No me torne a dar la vida.’

That’s Spanish – from Miguel de Cervantes. ‘Come quickly O Death! but be sure and do n’t let me see you coming, lest the pleasure I shall feel at your appearance should unfortunately bring me back again to life.’ This you may slip in quite a propos when you are struggling in the last agonies with the chicken-bone. Write!

‘Il pover ‘huomo che non se’n era accorto,
Andava combattendo, e era morto.’

That’s Italian, you perceive, – from Ariosto. It means that a great hero, in the heat of combat, not perceving that he had beed fairly killed, continued to fight valiantly, dead as he was. The application of this to your own case is obvious – for I trust, Miss Psyche, that you will not neglect to kick for at least an hour and a half after you have been choked to death by that chicken-bone. Please to write!

‘Und sterb’ich doch, no sterb’ich denn
Durch sie – durch sie!’

That’s German – from Schiller. ‘And if I die, at least I die – for thee – for thee!’ Here it is clear that you are apostrophisting the cause of your disaster, the chicken. Indeed what a gentleman (or lady either) of sense, would’nt die, I should like to know, for a well fattened capon of the right Molucca breed, stuffed with capers and mushrooms, and served up in a salad bowl, with orange-jellies en mosaiques. Write! (You can get them that way at Tortoni’s,) – Write, if you please!

Miłej nocy.

* na jeden bok

Hollandse Nieuwe

•sobota, maj 30, 2009 • Skomentuj

Gdy będziecie kiedykolwiek w Niderlandach wybierzcie się na jakąś plenerową imprezo-biesiadę, bądź na jakiś pchli targ, np. na Albert Cuypstraat czy też Waterlooplein w Amsterdamie. W tych okolicznościach przyrody traficie bez wątpienia na stragan z napisem w stylu “Hollandse Nieuwe” czy też “Verse Haring”. W tego typu budkach nabyć można typowego, holenderskiego śledzia, zwanego właśnie hollandse nieuwe.

Cóż to jest? Otóż, według Wikipedii:

Elk jaar doorloopt de haring dezelfde cyclus. In de wintermaanden is hij mager en in het voorjaar begint de haring te groeien door de aanwezigheid van plankton in het water. Onder gunstige omstandigheden kan een haring zich in het voorjaar elke dag 2 procent vetter eten. Een kwart van zijn gewicht kan uiteindelijk uit vet gaan bestaan. In mei, als de haring een vetpercentage van minimaal 16 procent heeft bereikt, begint de jaarlijkse periode waarin op maatjesharing wordt gevist. Die duurt doorgaans tot juli. Haring mag dus Hollandse Nieuwe heten als hij minimaal 16 procent vet bevat, en op de traditionele Hollandse manier gekaakt, gezouten en gefileerd is.

Każdego roku przechodzi śledź ten sam cykl. W miesiącach zimowych jest on chudy i wiosną zaczyna rosnąć dzięki obecności planktonu w wodzie. W sprzyjających okolicznościach potrafi wiosną taki śledź wzrosnąć każdego dnia o 2% tłuszczu. Może się też w 1/4 swojej wagi składać własnie z tłuszczu. W maju, kiedy zawartość tłuszczu w śledziu wynosi przynajmniej 16%, rozpoczyna się sezon, w którym śledź jest odławiany. Trwa to do lipca. Śledź może być nazywany ‘hollandse nieuwe’, jeśli zawiera w sobie przynajmniej 16% tłuszczu, i jest w tradycyjny holenderski sposób patroszony, osolony i filetowany.

Wszystko zaczęło się zaś w 1380, kiedy niejaki Willem Beukelszoon van Biervliet odkrył patroszenie śledzi :) Nie będę Was zanudzał opowieścią o śledziowym nożu oraz enzymach wpływających na smak. Dodam tylko, że sposób podawania oraz smak śledzi różni się w zależności od regiony Niderlandów:

Lange tijd kwam de haring namelijk via Vlaardingen binnen. Het vervoer naar het achterland nam langer in beslag en de haring moest in dat geval dan ook langer gezout worden. In de kuststreek was de haring dus minder zout dan in het achterland. In Brabant bestaat nog steeds een voorkeur voor de iets zoutere, kleine Hollandse Nieuwe, in één stuk gegeten. Amsterdammers eten liefst de grotere haring, in stukjes gesneden, vaak met een stukje ‘zuur’. In Rotterdam is er weer een voorkeur voor de kleine haring, aan een stuk.

Przez długi czas transportowano śledzie w głąb kraju przez Vlaardingen. Transport trwał dłużej, i dlatego śledź musiał dłużej przebywać w soli. W regionie przybrzeżnym był sledź znacznie mniej słony, niż w głębi kraju. W Brabancji wciąż preferuje się małe śledzie w jednym kawałku, bardziej słone. Amsterdamczycy zaś preferują duże śledzie, pokrojone w kawałki, chętnie z odrobiną octu. W Rotterdamie zaś woli się małego śledzia w jednym kawałku.

Mam nadzieję, że trochę Wam przybliżyłem ten – jeden z niewielu – niderlandzki smakołyk. Jadłem i żyję. Żeby Wam zaś udowodnić, że inni też zjedli i żyją, proponuję kilka zdjęć na zakończenie.

Miłego weekendu.

wk-24_Ze_zijn_er_nu_echt_de_Hollandse_Nieuwe

SCHEVENINGEN-HOLLANDSE NIEUWE-VEILING

DSC02048

Maatjes

Wybory – 4 czerwca

•piątek, maj 29, 2009 • Skomentuj

Prawie 90% gejów uważa, że kraje, które dyskryminują homoseksualistów, nie powinny dostawać funduszy z UE. Z ankiet przeprowadzonej wśród 1312 gejów i lesbijek wynika, że poglądy na kwestie homoseksualne są bardzo ważne w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Jedna trzecia deklaruje, że zagłosuje na D66. W czwartek w Rode Hoed (Różowy Kapelusz) partie będą dyskutować o wynikach.

Z 1312 zapytanych gejów i lesbijek 33% deklaruje, że w wyborach 4 czerwca zagłosuje na D66 (Demokraci 66). W poprzednim badaniu w 2008 partia otrzymała 19% głosów. VVD (Partia Na rzecz Wolności i Demokracji) otrzymuje obecnie 14% (8% w 2008), Partia Pracy 11% (7% w 2008), SP (Partia Socjalistyczna) wzrosła z 7 do 9 %, CDA (Chrześcijańska Demokracja) pozostaje na poziomie 4%, PVV (Partia dla Wolności) wzrosła z 7 do 11%.

Jest jasne, że partie aktywnie zaangażowane w kwestię homoseksulną otrzymają dużo głosów. Skorzystają na tym D66, ale także GroenLInks (Zieloni) 15%. 88% ankietowanych uważa, że kraje, które dyskryminują homoseksualistów, nie powinny otrzymywać dotacji z UE. 79% uważa, że homoseksualiści powinni otrzymywać azyl, jeśli w ich własnym kraju homoseksualizm jest karalny. 97% procent uważa, że w całej Unii pary tej samej płci powinny móc zawrzeć małżeństwo.

Przewodniczący ProGay Frank van Dalen jest zadowolony, że wyborcy nagradzają partie, które są zainteresowane problemami homoseksualistów. “Ufam, że w nadchodzących latach Europa może jeszcze bardziej działać na rzecz homoseksualistów”. Według Van Dalena wynik sondaży pokazuje, że parytie nie powinny unikać tej kwestii, jak to zrobiła CDA, głosując przeciwko dyrektywie antydyskryminacyjnej. To, że kraje które dyskryminują homoseksualistów, nie powinny otrzymywać dotacji, jest według van Dalena jasnym sygnałem. “Europa powinna częściej pokazywać zęby”.

Preferencje wyborcze homoseksualistów różnią się od krajowych: CDA z 4% jest wśród nich znacznie mniej popularna, niż w skali kraju: 20%.
Znaczące jest też, że wysoko wykształceni chcą głosować na D66: 30% ma wyższe wykształcenie zawodowe, 43% wykształcenie uniwersyteckie. CDA otrzymuje z obu grup tyle samo głosów: 2%.

Źródło: Gay.nl

Poster A3-1

Pierwszy napis na plakacie:
Boyan Rasate (lider partii bułgarskiej) – Za wcześnie jest mówić o tym, czy będzie parada gejowska.
“Dlaczego jest to dla pana takie bolesne?”
B.R. – To nie jest bolesne dla nas, ale będzie bolesne dla nich.

Rocznie płynie 6,8 miliarda euro dotacji do Bułgarii….
————————————————————————-

A autor niniejszego bloga – mówiący, niczym Cezar, o sobie w trzeciej osobie, jako wynarodowiona, antypolska, sprzedajna małpa, będzie głosował 4 czerwca na Democraten 66, a konkretnie na Gerharda Muldera.

Dobranoc Państwu.