Pasażer

•wtorek, Luty 2, 2010 • 6 komentarzy

Jakiś czas temu jadę z M. i M. narzeka, że nie mógł rano spać w autobusie, bo z tyłu siadły jakieś lasencje i zaczęły trajkotać a’la scena w pociągu w ‘Dniu Świra’. Mówię mu, że powinien jeździć z jakimś mp3. Same korzyści: słucha się tego, co się lubi, a przede wszystkim nie słyszy się tych wszystkich pierdół, które mówią rodacy. Ja po kwadransie w autobusie, gdy słyszę, co i jak mówią Polacy oraz wokół czego się ich rozmowy kręcą, zaczynam dojrzewać do mordu. Powiedziałem to M. i jakiś młodzieniec – być może w przypływie patriotyzmu – odwrócił się, by mnie sobie obejrzeć.

Nie wiem, jak Wy macie, ale właśnie na takie dyskusje trafiam. Ciągle Żydzi, komuniści, Michnik, agenci, masoni, pedały i zła Unia. Po prostu jakby człowiek wsiadł do pojazdu wypełnionego po brzegi kretynami. Wszyscy są źli, gnębią nas opłatami, Żydzi spiskują, Ukraińcy zabierają miejsca pracy, pedały demoralizują, rząd kradnie, majątek wyprzedaje i tak przez cały czas usta się nie zamykają. Zapomniałem wspomnieć o pogodzie. Pogoda też elektryzuje Polaków. Ostatnio baterie w grajku padły i przez pół godziny słuchałem rozmowy jakiejś pary o pogodzie: padało, a teraz przestało; pani kochana, jakie mrozy; a ten śnieg to taki mokry i lepki; ale widział pan, wczoraj padał taki gęsty, a teraz drobnica. Po pół godzinie takiego pierdzielenia zeszli na Michnika i globalne ocieplenie.

Uwaga! Wsiadam!
Tydzień temu, wysiadam na Bankowym z metra. Pociąg wtacza się na stację, ja w drzwiach – sam – i od razu widzę, że na peronie Pani w Szubie szykuje się do abordażu. Nie ma najmniejszych szans, by mnie ominęła, bo po pierwsze: wąska nie jest; po drugie: z futrem jest jej 3x tyle. Cóż z tego, że wychodzący ma pierwszeństwo – ona musi wsiąść pierwsza. Niedoczekanie jej. Ja wysiadam, ona wsiada; z czołowego zderzenia ja wychodzę lepiej, bo panią po prostu zniosło, ona zaś w świętym oburzeniu jeszcze zaczyna się awanturować. Nie wiem, co powiedziała – miałem słuchawki.

Kilki dni potem, w tramwaju. Na linii 4 jeżdzą przeważnie tramwaje stare, z wąskimi drzwiami. Wysiadam przy pl. Zamkowym. Tramwaj podjeżdża, na ulicy od razu całe stado chętnych. Cóż z tego, że wagon nabity do granic i wypadałoby najpierw pozwolić innym wysiąść. Nie, oni będą wsiadać. W drzwiach jednak stoję ja i idę na czołowe. Efekt – jak w metrze: stado rozegnane i święte oburzenie, że przeszedłem ‘po trupach’.

Uwaga! Siadam!
Jadę tramwajem, mam siedzące. Podjeżdżamy na przystanek i wsiada Dama koło Pięćdziesiątki. Dama w żadnym stopniu nie jest upośledzona ruchowo, zdrowa czerstwa dama. Od razu rekonesans: w prawo – zajęte; w lewo – zajęte. Wybrała ofiarę, czyli jakąś dziewczynę 20+ i staje nad nią. Dziewczę jest jednak nad wyraz niedomyślne: ) gdyż nic sobie z sapania i wiercenia się Damy nie robi. Koniec końców Dama mamrocząc coś pod nosem wysiadła po 20 minutach.

Przypadek kolejny – dawny, bo z września. Do tramwaju wsiada Dama z Rowerem. W żadnym razie nie wyglądała na taką, co to musi usiąść, bo inaczej trupem padnie.
Do jednego miejsca dobiec nie zdążyła – rower.
Zwolniło się jednak drugie i już się miała ruszyć, gdy usiadł jakiś Facet ok. Trzydziestki. Ona do niego:
- Może ja bym teraz usiadła!?
- A może nie?
- ….
- Mam ‘którąśtam’ grupę inwalidzką.
Pani się uspokoiła.
Na chorą w żadnym razie nie wyglądała, a poza tym, skoro ma siłę targać rower i pomykać na nim po mieście, to chyba naprawdę nie musi siedzieć w tramwaju, a już zwłaszcza domagać się miejsca.

10 dni temu. Jest 9ta rano, mam 39 stopni, jadę do domu. Wsiada pani. Zobaczyła mnie i sytuuje się nade mną. Nie ma najmniejszych szans, bym wstał, bo nie będę się męczył tylko dlatego, by ona wygodnie jechała. Postała nade mną, posapała, a po jakimś czasie zwyciężyła w biegu na krótkim dystansie i zdobyła miejscówkę.

Wyjaśnijcie mi w imię czego ja mam takiej rurze – bo inaczej się tego nazwać nie da – ustąpić miejsca? Dlaczego ja mam wstać, a takie ‘chamstwo’ będzie jechało na siedząco? Bo jest starsza. Przykro mi, ale to akurat na mnie żadnych nowych obowiązków nie nakłada.
Nie wiem, skąd się wzięło u osób starszych (=ode mnie) to przekonanie, że one muszą siedzieć i cały świat czeka tylko, by im tego miejsca ustąpić?
Skąd ten kompletny brak elementarnej uprzejmości? Skąd to kompletne nieliczenie się z innymi?
Mnie nauczono, że jeśli miejsc siedzących nie ma, to stoję, a żeby wsiąść, to trzeba najpierw pozwolić innym wyjść.

Ustępuję miejsca w 4 przypadkach:
1. Kobiety w ciąży – zawsze.
2. Matki z małymi dziećmi. Z tej kategorii wypadły babcie z wnukami, a wypadły, bo kilka razy było tak, że babcia wnuka sadzała, a sama stała. Przykro mi, jeśli ona jest na tyle wytrzymała, by stać, to ja będę siedział, a nie jej 4 letni wnusio.
3. Osoby mające problemy z poruszaniem się. Nie zawsze, bo jeśli widzę dziadka z laską, który nie miał problemu wziąć laskę pod pachę i dobiec do autobusu……
4. Jeśli ktoś do mnie podejdzie i powie, że paskudnie sięczuje, że mu słabo, etc. i czy ja mógłbym mu ustąpić – wstanę, bo kilka razy sam jechałem z gorączką i ledwo się trzymałem na nogach.

Ustąpienie miejsca w pozostałych przypadkach zależy już tylko i wyłącznie od mojego nastroju oraz od tego, czy danego dnia ludzkość niczym mi się nie naraziła.

Ech, trochę się zirytowałem.

Coraz bardziej Inna Strona

•sobota, Styczeń 23, 2010 • 6 komentarzy

Kiedyś w NL wyczailiśmy z Rayem w AH różnego rodzaju gotowe posiłki. Przypadły nam do gustu, bo były smaczne i w miarę zdrowe, czyli ilość świństw konserwujących ograniczona była do absolutnego minimum. Po kilku miesiącach w sklepach pojawiła się nowa partia z nęcącą oko naklejką ‘Teraz! Ulepszona receptura’. Receptura zaiste była ulepszona – wzięliśmy na wstrzymanie w nadziei, że z powrotem ją pogorszą.

Tyle tytułem zagajenia.
Zapewne zdajecie sobie sprawę ze istnienia homiczego portalu Inna Strona, a jeśli sobie nie zdawaliście, to już o jego istnieniu wiecie.

Zanim przejdę do tego, co mnie gryzie, jestem zmuszony zaznaczyć, że lubię Inną Stronę. Za całokształt. Pewnie gdybym nie lubił, to zamiast smarować notkę usunąłbym z IS profil. A tak:

Ktoś z ‘zarządu’ IS doszedł do wniosku, że trzeba się rozwijać. Godne to i sprawiedliwe – nie ma nic gorszego, niż stagnacja. Niestety, wniosek słuszny, lecz wykonanie już ‘chcieliśmy dobrze, ale wyszło jak zawsze’ tzn. dla mnie wyszło źle.
Panuje generalnie wśród różnego rodzaju serwisów społecznościowych tendencja, by robić się ‘na facebooka’, czyli dokładać użytkownikom w grom funkcji (bez możliwości wyłączenia, bo przecież są one takie cool, jazzy, miodzio i sweetaśne), z których większość i tak nie skorzysta, ale co sobie będziemy żałować.

Inna Strona doszła więc do wniosku, że będzie nas informować o wszystkim, linkować wszystko, liczyć naszą ‘zgodność’ (cokolwiek to znaczy) z innymi użytkownikami – gdyby tak się z moimi oczekiwaniami liczyła, jak tę zgodność liczy, to hohoho – a na dodatek będzie to robić bez ładu i składu oraz bez możliwości wyłączenia tych fantastycznych funkcji.

Przykład 1:
Odwiedził mnie pewien chłopiec. Poszedłem z rewizytą. Profil miał przyjemny, ale nie w tym rzecz. Otóż w rubryce ‘uwielbiam’ miał wpisane m.in. niezależność, a w ‘marzenie’ coś o miłości. Fajnie. Z tym, że jakiś makiaweliczny mózg z IS doszedł do wniosku, że różne słowa-klucze trzeba podlinkować. Dzięki temu sprytnemu zabiegowi po kliknięciu w ‘niezależność’ lądujemy na stronie SKOKu (‘tylko polski kapitał’ – na Jowisza, nie wiem, czy to groźba, czy ostrzeżenie), po kliknięciu w ‘miłość’, otwiera nam się strona Winiary – Kochanie przez Gotowanie, z której to strony uśmiecha się do nas  cukierkowa, HETEROSEKSUALNA rodzinka. Po prostu fantastycznie, brakuje jeszcze wyznania żony, że bardzo lubi gotować obiadki dla swojego męża-hutnika i dzieci. Nie żebym miał coś do heteroseksualnych, uważam po prostu, że skoro już jest tam jakaś reklama, to mogłaby być jakoś z sensem dobrana.
Chciałbym z tego miejsca pozdrowić osobę, która wpadła na taki fantastyczny pomysł. Wiem, że utrzymanie portalu kosztuje, ale mam wrażenie, że dokonanie pewnej selekcji wśród reklam nie jest jakimś niesamowitym wyzwaniem. Czy gdyby ktoś miał na profilu ‘patriotyzm’, to byłaby tam zalinkowana strona LPRu? W końcu patrioci pełną gębą.

Przykład 2:
Wchodzicie na czyjś profil, dodajecie komentarz. Niby normalka – coś Wam się spodobało – czyjaś ironiczna poza lub zwierzątko – więc zostawiacie po sobie jakiś ślad. Niestety, ktoś z IS doszedł do wniosku, że skoro Wy zostawiliście komentarz, to na pewno o niczym innym nie marzycie, tylko o otrzymywaniu powiadomień, że ktoś inny też dodał do tego profilu jakąś uwagę. Pół biedy, gdyby te powiadomienia dotyczyły komentarzy dodanych przez Waszych znajomych. OK, zrozumiabym, bo akurat tym, co na dany temat myślą moi znajomi, jestem przeważnie zainteresowany. Niestety, IS wysyła Wam powiadomienia o wszystkim, co do danego profilu zostało dodane, więc w Waszej skrzynce ląduje w opór ’spamu’. Np. dziś wiedziałem się, że jakaś dama również polubiła zdjęcie w albumie ‘zoo’ mojego znajomka. Nigdy z tą damą nie rozmawiałem, nie widziałem jej, nie wiem, nie znam, nie orientuję się i nie obchodzi mnie, które zdjęcia ona lubi. Wiecie co? Leżę z anginą i właśnie tej informacji mi do pełni szczęścia brakowało.

Oczywiście, dopuszczam istnieje osób, które są żywnie zainteresowane tym, co na temat zdjęcia czyjegoś obcego chomika myśli kompletnie nieznana im osoba, ale w takim razie ja – jako istota, której takie demaskatorskie newsy do niczego nie są potrzebne – powinienem mieć możliwość wyłączenia tych pierdół. Chyba, że mam, ale jeszcze nie wiem, jak tego dokonać.

Inna Strona dba również o doskonały kontakt z użytkownikami. Pieści ich, ściska i nazywa George od czasu do czasu. Przykład? Proszę. Jestem tzw. Przyjacielem IS, tzn. wpłaciłem jakąś tam kwotę, a dzeki temu mam dostęp do wielu atrakcyjnych – jak sama Inna Strona zaznacza – funkcji. Cytuję: Korzyści: – pomoc techniczna. Odezwałem się zatem na forum IS ‘pomoc techniczna’, ale mój post został wycięty, a oprócz tego usunięto mnie z ww. forum.
Zapisałem się po raz drugi i znów zadałem pytanko. Tym razem zostałem uprzejmie zignorowany. Jeśli to ma być pomoc techniczna, to naprawdę jestem pod wrażeniem.

Doszedłem zatem do wniosku, że nie będę dodawał komentarzy do profili/zdjęć/artykułów/ankiet/etc, ani w ogóle zaznaczał w jakikolwiek sposób swej obecności na portalu. Jeśli mnie coś wzruszy, to odezwę się bezpośrednio do wzruszającego.

Jeśli ktoś z IS poczuje się tym wpisem urażony, to naprawdę bardzo mi przykro, ale uważam, że kierownictwo IS powinno być zainteresowane tym, co na temat portalu myślą użytkownicy – przypomina mi się wypowiedź profesora o studentach: Oni gotowi pomyśleć, że my tu jesteśmy dla nich! – a skoro moje posty z forum IS są usuwane, to nikt nie powinien mieć pretensji, że piszę u siebie.

Gdybym IS nie lubił, to niewiele by mnie obchodziło, co tam się dzieje i IS mogłaby linkować wszystkie frazy z profili oraz wysyłać powiadomienia chociażby o tym, co na swoim blogu napisał np. Wierzejski – jej sprawa. Niestety, lubię IS i wkurwia mnie, gdy ktoś mnie próbuje uszczęśliwiać na siłę.

Mów do mnie jeszcze

•wtorek, Styczeń 19, 2010 • 8 komentarzy

Dziś będzie o polszczyznie oraz o niezwykłym magnetyzmie Kallipygosa, któremu żadna z płci nie jest w stanie się oprzeć ;)

Sytuacja I – Proseminarium.
Prosemianrium polega na tym, że z każdego Zakładu/Istytutu/Katedry przychodzi ktoś, kogo specjalizacja chociażby w śladowym stopniu pokrywa się z naszą, mówi, czym się zajmuje, udziela rad, bawi, tumani, przestrasza.
Skład grupy: chłop sztuk jeden – ja – oraz dziewcząt w porywach do 11tu.

Przychodzi p. Doktorka.
Obrzuca naszą grupę wzrokiem. Pyta, skąd jesteśmy, czym się zajmujemy, etc. Przedstawia się, mówi o swoich zainteresowaniach, pomysłach, instytucie.
Na początku zwraca się do nas, niczym do grupy dziewcząt – w końcu poza mną same panie na sali, ona też kobieta, więc formy ‘byłyśmy’, ‘czytałyście’, ’spotkałyście’ same się nasuwają.
Mi to nie przeszkadza; w końcu to nie obelga, a poza tym, płeć to tylko pewien niezobowiązujący dodatek do naszego jestestwa.

Niestety, po kilkunastu minutach zaczyna wygrywać język polski, bo chociaż w gromadce jest tylko jeden chłopak na 10 dziewczyn, to polszczyzna wymaga, by specjalnie dla niego mówić ‘czytaliście’ zamiast ‘czytałyście’. Tak, panowie, język polski hołubi nas na każdym kroku*.
Pani zaczyna się więc zwracać do nas, niczym do grupy mężczyzn, a ponadto zaczyna mówić do mnie: utrzymuje ze mną kontakt wzrokowy, na moje koleżanki zwraca zaś uwagę wtedy, gdy istnieje szansa, że na nie wejdzie.
Jeśli jakimś przypadkiem wymsknie się jej żeńska forma czasownikowa, to czuje się w obowiązku solidnie mnie przeprosić.

Sytuacja II.
Zajęcia z prof. Manifą.
Grupa: ok 60 osób, przewaga kobiet, ale poza mną jest jeszcze kilku(nastu) panów.
Sala duża, więc sadowię się mniej więcej w połowie – widzę, co na tablicy, ale jestem poza zasięgiem prowadzącej.
Chciałbym :)
Mniej więcej na drugich zajęciach, gdy już kojarzy, kto jest z jakiego wydziału – pod tym względem grupa jest mieszana, bo to OGUN – zaczyna się: kontakt wzrokowy, głównie ze mną; wykład – w moim kierunku: całość sprawia, że uwaga całej grupy zaczyna ciążyć ku miejscu, w którym siedzę. Z jednej strony to krępujące, bo grupa wygląda, jakby czekała aż zacznę prowadzącej przytakiwać lub ją poprawiać, z drugiej – bawię się świetnie. Sytuacja trwała przez cały semestr, nie wiem, kto był ‘ofiarą’, gdy opuściłem zajęcia.

Sytuacja III – wykład Historia Niemiec we wczesnym Średniowieczu (też OGUN).
Temat – ciekawy.
Wykładowca – z twarzy podobny zupełnie do nikogo; nie znam człowieka i nigdy nie widziałem.
Siadam, jak zwykle, z przodu, mniej więcej w 4tym rzędzie.
Przez pierwsze 20 min – wszystko dobrze – ale po tym okresie znów się zaczyna: najpierw zerkanie w moją stronę, potem coraz częstszy kontakt wzrokowy, a wreszcie wykład głównie dla mnie.
O ile w przzypadku prof. Manify byłbym to w stanie – na bardzo upartego – zrozumieć, bo gdzieś tam mogłem jej mignąć i może mnie zapamiętała, o tyle tutaj nie mam kompletnie pojęcia, dlaczego p. Profesor uznał za stosowne poświęcić mi tyle uwagi.

Sytuacja IV, czyli wyjątek, który sprawdza regułę.
Ćwiczenia – ja, 10 koleżanek oraz Prowadzący.
Ten getleman akurat stanął na wysokości zadania, bo ani polszczyzną nie był skrępowany – czasowników używał raz jak do kobiet, araz jak do mężczyzn; w wołaczu byłyśmy ‘drogimi paniami’ – ani nie czuł potrzeby łapania tego męskiego rodzynka wzrokiem, tylko mówił do wszystkich.

Oczywiście jest tak, że znakomita większość wykładowców zachowuje się normalnie i nie potrzebuje latarni morskiej, by wygłosić wykład. Niemniej zastanawia mnie powód, dla którego ww. osoby doszły do wniosku, że będą do mnie kierować słowa skrzydlate. Czyżby w nadziei, że jeśli będą mówić do mnie, to pewne fakty szybciej się przecisną?

Powiem Wam, że to jest w pewien sposób niepokojące….

*no, może poza zdaniami typu ‘Pięciu mężczyzn weszło do sklepu’, oraz faktem, że ‘mężczyzna’ jest rodzaju żeńskiego odmienia się według deklinacji żeńskiej.

Notka przekornie religijna

•poniedziałek, Styczeń 4, 2010 • 18 komentarzy

WAARSCHUWING: Ten post jest łajdacki, ateistyczny i może obrażać uczucia.

Jakoś w listopadzie pewien włoski kardynał powiedział, że homoseksualiści nie pójdą do nieba.
Na gruncie tej wypowiedzi spiąłem się z Synafią; raczej w kwestii sposobu wyrażenia moich poglądów, niż ich samych. Kryzys jednak został zażegnany.

Kilka tygodni potem na InnejStronie, a później także na WP, pojawiła się wypowiedź b. Pieronka dotycząca tego samego, czyli zamknięcia przed biednymi homikami podwoi Królestwa Niebieskiego.

Synafia słusznie stwierdziła, że jako ateista nie powinienem się zbytnio przejmować tym, co powiedział jakiś ksiądz. W sumie racja: niby dlaczego mam słuchać starego chłopa, który sam z siebie wyrzekł się seksu i rodziny, ale rekompensuje to sobie noszeniem na co dzień czarnej kiecki, zmieniając ją od czasu do czasu na coś pocieszniejszego. A jednak: jestem gentlemanem – wiem, jak zachować się w obecności damy i wiem, jak traktować przebranego za damę mężczyznę, więc trochę mnie ta wypowiedź poruszyła.

Poruszyła mnie zaś ze względu na dwie rzeczy.
Po pierwsze, nie bardzo wiem skąd się bierze to przekonanie księdza biskupa, że homiki chcą iść do nieba.
Ja nie chcę i proszę mi tu nie wyskakiwać z tekstem, że nie chcę, bo nie wierzę.
Otóż uczyńmy na potrzeby tej notki założenie, że jednak wierzę. Jest niebo, do którego trafiają sprawiedliwi, i piekło, dokąd idą wszyscy inni.
Niestety, według KK sprawiedliwym jest np. krzyżowiec, bo zginął za wiarę brutalnie zamordowany przez podłych, broniących swych siedzib i rodzin muzułmanów. Zginął zaś być może zaraz po tym, jak spalił szpital z chorymi dziećmi. Nieważne – krucjata zmazuje grzechy, a poza tym takie dzieci się nie liczą (=bo muzułmańskie).
W niebie moglibyśmy też spotkać tego gościa, co to kazał zabijać wszystkich, bo bóg i tak rozpozna swoich oraz jeszcze kilku tego typu nicponi i urwisów.
Nie dostanie się tak jednak nikt, kto był miły, dobry, uczynny, etc., ale preferował osobników tej samej płci (może to i lepiej, bo taki delikwent strasznie podniósłby tam poziom przyzwoitości).

Po cóż więc ja mam się do niebiańskich drzwi dobijać? Żeby posiedzieć koło seryjnych morderców, zboczeńców i psychopatów? Dziękuję – to samo mam na ziemi.

Zgoda – wszystko się zmienia. Kiedyś był limbus puerorum, a teraz nie ma; kiedyś bóg miał na imię Jahwe, a teraz Adonai. Jest więc szansa, że i wymogi na sprawiedliwego się zmieniły i teraz tych porządnych też przyjmują. Może dożyjemy czasów – tzn. ja pewnie nie, ale wnuki biskupa Pieronka być może – w których i geja do nieba wezmą.
Poza tym, jeśli ja miałbym po wieczne czasy siedzieć, wpatrywać się w oblicze pańskie i obcować ze świętymi, to…. Naprawdę, to nie jest jakaś fantastyczna wizja.

Jeśli niebo ma być krainą wiecznej szczęśliwości, to ja potrzebuję dobrej biblioteki; potrzebuję kilku bliskich mi osób; potrzebuję klimatycznego lokalu, w którym przy dobrym winie mogę oddać się zajmującej dyskusji o prawie Grimma. Przydałby się też jakiś uniwersytet, hinduska knajpka, góry i kawałek dobrego koncertu.
Naprawdę, żeby było dobrze, wystarczy, że zabierze się ode mnie cały ten otaczający mnie syf, ot chociażby ten w postaci biskupa Pieronka.
Dlatego też dziwi mnie to przeświadczenie, że ja się do nieba wybieram.
Jeśli się jednak mylę i bóg (jakikolwiek) istnieje, to ja naprawdę do nieba nie muszę. Jeśli zasłużyłem, to niech mi da to, co opisałem powyżej i będzie dobrze. Gwarantuję, że więcej mnie nie zobaczy ;)

O drugiej rzeczy już kiedyś pisałem.
Ja się po prostu dziwię, jak gej może nazywać się katolikiem i przyznawać się do tej religii. W KKK jest wyłożone po chłopsku, że orientacja homoseksualna to niby zła nie jest (dzięki modlitwie można dążyć do pełni człowieczeństwa), ale już stosunek seksualny jest brzydki i Stwórca bardzo się smuci widząc ‘dwie menszczyzny w jednym łószku’.
Ponieważ zaś moim zdaniem religię bierze się z całym dobrodziejstwem inwentarza – a nie na zasadzie: w transubstantację wierzę, ale dogmatu o Trójcy Świętej nie uznaję – to z każdego słodkiego spotkania z mężczyzną należy się spowiadać.
Mój chłopak może być wierzący. Nie ma problemu. Gdybym się jednak w jakiś magiczny sposób dowiedział, że on spowiada się z tego, że był ze mną w łóżku, to b. szybko wyleciałby na pysk.
Z dwóch powodów:
1. Albo seks ze mną jest OK, albo jest ‘be’. Jeśli jest OK, to spowiadać się z tego nie będziemy, a jeśli jest ‘be’, to poszukaj sobie, kurczaczku, piersiastej koleżanki.
2. Czulibyście się bezpiecznie w towarzystwie takiego psychopaty? Najpierw wspólne miziu-miziu, a potem leci do konfesjonału, bije się w piersi, szlocha i spowiada się, że zgrzeszył straszliwie przeciw Panu Zastępów, Naturze, Ojczyźnie (=bo katolicka) i jeszcze tam czemuś. Ja nie dałbym rady; ciągle bałbym się, że on mi coś zrobi.

Wracając do tematu, dziwię się każdemu gejowi np. na Gay Romeo, który w rubryce ‘religia’ ma zaznaczone ‘katolik’, bo dla mnie to tak samo, jakby Żyd zapisał się do NSDAP/SS/Gestapo, czy czegoś jeszcze w tym guście.
Można znaleźć religię, która nas nie dyskryminuje i w której nie trzeba dokonywać gwałtu na rozumie.

Drugi temat, który chciałem dziś poruszyć, dotyczy słynnego już usuwania krzyży z przestrzeni publicznej.
Po wyroku Trybunału wszystkie nasze biedne żuczki tzn. hierarchowie, politycy, etc. zaczęli szukać sposobu, w jaki można obecność krzyża w np. urzędach uzasadnić.
Było to nawet śmieszne, gdyż nagle dowiedzieliśmy się, że krzyż nie jest symbolem chrześcijaństwa, tylko szczęścia, pokoju i zwykłej ludzkiej przyzwoitości. Fajnie, nie? Oto odarliśmy krzyż z wymowy religijnej i nie powinien on się nam wcale a wcale z religią kojarzyć. Mi to pachnie herezją, ale ja ateista jestem, więc pewnie się nie znam.

W każdym razie mi się krzyż z chrześcijaństwem kojarzy. Kojarzy mi się tak samo, jak półksiężyc z islamem, sierp i młot z komunizmem, a swastyka z nazizmem.
Swoją drogą – czyż to nie piękne: od upadku komunizmu i nazizmu minęło – powiedzmy – 20 i 65 lat, ale wciąż obnoszenie się z tymi symbolami jest gloryfikowaniem tych ustrojów. Krzyż natomiast po 2000 lat kładzenia ludziom do głów jego religijnego przekazu nagle przestał nam się z religią kojarzyć?
Po prostu fantazja.

Zastanawia mnie, czemu ci wszyscy zwolennicy krzyża nigdy nie wpadli na pomysł, by powiesić go w toalecie.
Dlaczego?
Bóg jest ponoć wszędzie, więc chyba i tam?
Czy w tej szczególnej walce, którą czasem w tych pomieszczeniach toczymy, łaska pańska i wsparcie powinny nam być odmówione?
Ileż razy byłem w zwykłej naturalnej potrzebie, nie mogłem znaleźć toalety i ratował mnie np. urząd. Zaliczając po trzy stopnie na schodach, wpadałem zziajany do urzędniczego ustępu. Jeszcze tylko rozpiąć płaszcz, wygrać z suwakiem i już, już….bogowie, jakaż ulga.
Ale krzyża tam nigdy nie widziałem. Dlaczego?
Przecież pan mógłby kierować mą dłonią, bym panował nad strumieniem.
Mógłby wesprzeć me ramię, by ciśnienie nie wyrwało mi penisa z ręki i bym w ten sposób nie zniweczył wysiłku osoby sprzątającej.
Czemu krzyż w szalecie nam nie pasuje? Naprawdę musi wisieć koło orła?

To byłoby tyle na dziś.
Miłego dnia.

Szepty przeszłości

•wtorek, Grudzień 29, 2009 • 3 komentarzy

Koniec roku się zbliża i zacząłem przeglądać szkice.
Większość usunąłem, część zostawiłem, bo może się jeszcze przydadzą, a kilka złożyłem w jeden i postanowiłem Wam pokazać. Rewelacji proszę się nie spodziewać.

5 lipca 2009.

Nie wiem, czym to jest spowodowane, ale ostatnio regularnie ktoś mnie pyta, czy miewam sny, a jeśli tak, to jakie. Otóż mi się przeważnie nic nie śni (i całe szczęście), a jeśli już, to śnią mi się niesamowite pierdoły, lub przemoc (generalnie wobec mnie). Skupmy się zatem dziś na przemocy – taki wdzięczny temat na niedzielny wieczór.
Zasadniczo jest tak, że jeśli nie wychodzę cało, to w grę wchodzi nóż; jeśli udaje mi się przeżyć, to broń palna.

Nóż.
Pierwszy sen ze sztyletem miałem mniej więcej na I roku studiów. Jechałem 102 z pętli przy Centralnym na Grochów, siedziałem z tyłu. Pogrzebałem w kieszeni płaszcza i znalazłem tam wafelek Prince Polo (taki z orzeszkami na wierzchu). Na przystanku Emilii Plater wysiadłem i ruszyłem chodnikiem w kierunku szoferki. Tam wspiąłem się po schodkach i dałem wafla kierowcy. Ów był zachwycony, podziękował, a ja ruszyłem Świętokrzyską w kierunku centrum. Po chwili dogonił mnie kierowca. Był już po cywilnemu i z kolegą. (autobus zaś pewnie na ręcznym na przystanku zostawił) i we trzech skierowaliśmy się do parku pod PKiNem. Potem zaś znajdowałem się w ….ciemnym miejscu. Nie jakimś konkretnym – była to po prostu czarna przestrzeń, w której znajdował się mój umysł. Dał się nagle słyszeć komunikat radiowy, że w parku pod pałacem zasztyletowano młodego mężczyznę. Podano opis – nie chciało być inaczej – to ja. W dalszej części komunikatu podano, że stróż (jaki stróż?!) nie był w stanie pomóc poszkodowanemu, gdyż w tym samym czasie gwałcił ławki….

Postrzał.
Tego typu sen miałem po raz pierwszy już jakiś czas później. Uciekałem z jakąś dziewczyną z jakiegoś budynku. Schodziliśmy po schodach. Na półpiętrze chciałem sprawdzić, czy niżej nikt na nas nie czatuje, wystawiłem ostrożnie głowę i w tym momencie kula trafiła mnie z lewej strony w szyję. Upadłem, krew rzuciła się z poszarpanej szyi, moja towarzyszka podbiegła i odciągnęła mnie schodami na górę. Przyczailiśmy się gdzieś w oczekiwaniu, że nasz prześladowca nas minie i będziemy w stanie zaskoczyć go. Krew się ze mnie lała, ale mimo to byłem w stanie poruszać się bez względnych problemów. Wreszcie – nie pamiętam teraz jak – zaskoczyliśmy naszą prześladowczynię (okazała się być kobietą) w jakimś zaułku. Siedziała oparta pod scianą, już bez broni. Cały we krwi, kulejąc ruszyłem w jej kierunku dzierżąc w ręku krótką dwururkę. Przes sen czułem żądzę mordu; oto nadzeszła godzina. Zbliżyłem strzelbę na jakieś 5 cm od jej głowy, strzeliłem….z lufy wyskoczyła zaschnięta kulka gumy do żucia, uderzyła dziewczynę w czoło, odbiła się i sen się skończył.

Dziwnym trafem wpis kolejny też pochodzi z 5 lipca. Być może post o snach był właśnie nim spowodowany.

Idę przez las. Przede mną, między drzewami prześwitują jakieś światła. Dochodzę na sam skraj. Dom. Jednopiętrowy, drewniany dom z werandą. Podchodzę, wchodzę na stopnie, słyszę stuk swych ciężkich butów na drewnianym podeście. Wchodzę. W środku dwie kobiety w wieku mniej więcej 35 lat. Zauważyły mnie, dają znak, bym podszedł bliżej. Podchodzę i jedna mówi: – Przywieź nam coś z Polski. – Co? – pytam. - Dziecko ci powie – odpowiada druga. Faktycznie, w pokoju jest dziewczynka, lat 4-5, brunetka, włosy spięte w koński ogon. Zbliżam się, przyklękam przy niej, kładę jej rękę na ramiemiu – wyczuwam jej drżenie – i pytam, co mam przywieźć. Dziecki milczy, wpatruje się tylko we mnie swoimi ogromnymi oczyma. Nie rozumie cię – mówi jedna z kobiet. Siadam na kanapie, sadzam sobie moją małą rozmówczynię na kolanach i zadaję pytanie w kolejnym naturalnym języku, czyli po niderlandzku. Oczy dziewczynki błysnęły, zrozumiała, usta poruszają się niemal bezszelestnie, pada jedno słowo, którego nie rozumiem. Pytam więc – Co ta rzecz robi? W tym momencie dziewczynka już nie jest taka spięta, pada kilka zdań opisujących działanie tego przedmiotu. Wiem, że to niderlandzki, nie rozumiem ni słowa. Puszczam dziecko, podchodzę do kobiet i pytam….czy nie mają może zdjęcia tej rzeczy. Jedna bierze do ręki jakiś folder, kartkuje i mowi - Na tych stronach. Spoglądam, na każdej ze stron w dwóch równych kolumnach widnieją zdjęcia i opisy kompasów, począwszy od prostych, harcerskich, a skończywszy na jakichś skomplikowanych. - Przywieź nam to.

Wiecie co? Ja już wolę, gdy mi się nic nie śni.

23 maja 2008*.

Opowieść ta zaczyna się ok 6.20 rano, tuż przed moim wyjściem do pracy. Nastąpiła zmiana pogody i od wczoraj popaduje. Rano też coś tam o parapet kapało i zacząłem się zastanawiać, w co się przyodziać, a raczej czy jako formę zabezpieczenia przed wilgocią wybrać solidną kurtkę jeszcze z czasów, gdy na górskich szlakach rozdeptywałem świstaki, czy delikatną, zwiewną parasolkę. Wybrałem to drugie, gdyż na kurtkę było ciut za ciepło, a poza tym….poza tym nie byłem w nastroju na kurtkę.

Pojechałem do pracy i spędziłem tam fascynujące 8 godzin, po czym zebrałem się na siłownię. W międzyczasie zrobiło się bardziej orzeźwiająco, a moje zwiewna parasolka odniosła kontuzję podczas składania i straciła 1/3 powierzchni użytkowej. Z ciekawych rzeczy warto odnotować chłopaka w wieku lat, na oko 20tu, z uporem patrzącego się na mój tszert w good, old american style z napisem ‘fill me up and take me home’. Zresztą, nie on jeden był tą koszulką zainteresowany.

Dotarłem na siłownię. Nasza fabryka mięśni poza zwykłą siłownią oferuje porady fizjoterapeutyczne, solarium, coś tam jeszcze, oraz możliwość oglądania nagich facetów pod prysznicem. Ostatni punkt oferty nie jest objety opłatą i, jak to zwykle bywa w przypadku rzeczy gratisowych, nie mamy wpływu na to, co nam się trafi. Zasadniczo trafia się przyzwoicie, a dodatkowo, ponieważ mam pamięć pornograficzną, bez problemu usuwam z umysłu postaci nieatrakcyjne, zachowując za to we wdzięcznej pamięci takie obrazy, jak na przykład tego ślicznego czarnoskórego stworzonka, które się dziś ze mną kąpało.

W sumie to w założeniu notka ta miała być o muzułmanach pod prysznicem, więc może w końcu zacznijmy. Niektórzy z mężczyzn należących do tego wyznania uważają, że nie należy przysznicować się nago. Z podobnym pomyslem, tylko dotyczącym dzieci w wieku szkolnym wyskoczył niedawno jeden z muzułmańskich aktywistów, postulując, by uczniowie brali prysznic w kapielówkach, gdyż inaczej kłóci się to z islamem (O, takiego. Nie podoba się, to zabieraj dzieciaka ze szkoły, kąp go w domu po kryjomu, a kuratorium załaduje ci taką karę za niedopełnienie obowiązku szkolnego, że nie tylko islamu ci się odechce). [pragnąc uprzedzić wszelkie pomysły, że jestem nietolerancyjny stwierdzam, że jestem: otóż nie godzę się na żadne religijne wtrącanie się w przestrzeń świeckiego państwa. Nie podoba ci się, że syn się kąpie nago po wf-ie? To zabierz go do szkoły islamskiej - tam będą się dzieciaki kąpać w burkach i czarczafach. Nie podoba ci się, że krzyży w szkole byćnie może? To zapisz dzieciaka na lekcje na plebanię - tam krzyży będzie w opór]
W każdym razie na siłowni już wiele razy się zdarzyło, że razem ze mna wpakował się pod prysznic facet w slipach. Nie robiłbym z tego tematu, gdyby nie fakt, że jakimś dziwnym trafem te slipy/bokserki zawsze wykonane są z takiego materiału, że gdy namokną, to w pełnej okazałości widać wszystko, co miało pozostać zakryte, a nie wiem, czy nie większej, niż gdyby było nagie.

*notka jest niepełna. Dalej powinien znajdować się opis ulewy, która dopadła mnie po wyjściu z siłowni, utraty parasola w walce z żywiołem i zmokłej kury, która wreszcie dotarła do domu, bo nie miała ochoty przeczekać burzy w Priku. Niestety, rękopis gdzieś zaginął.

Kult pieroga

•poniedziałek, Grudzień 28, 2009 • 6 komentarzy

Przed świętami.
Jakoś w pierwszej połowie listopada zauważyłem, że na jednym z naszych portali dodał mnie sobie do ‘ulubionych’ pewien chłopiec.
OK. Widocznie był pod wrażeniem mojej trupiej urody – zdarza się.
Nie zagadał, ale co najmniej raz na dwa dni musiał do mnie zajrzeć.
21 grudnia nudziłem się strasznie i jakoś tak mnie tknęło, by do niego skrobnąć i zapytać, czemu te odwiedziny zawdzięczam. Mogło przecież być tak, że on czegoś potrzebował, ja to akurat miałem – choć nie wiedziałem – i mogłem mu to oddać i życie, a przynajmniej cześć, ocalić.
Napisałem coś właśnie w tej formie zaznaczając, że jego regularne odwiedziny wcale mi nie przeszkadzają. Zapytałem też, czy może się skądś nie znamy; co prawda nie wydawało mi się, ale czase człowiek gdzieś kogoś pozna i nie pamięta twarzy, bo np. ciemno było.
Dostałem odpowiedź, ciut zbulwersowaną, że nie znamy się i że jeśli jego zaglądanie to dla mnie problem, to on obiecuje go szybko rozwiązać.
Na klawiaturze z miejsca miałem odpowiedź, że gdyby to był dla mnie problem, to ja bym go, kurczaczku, sam rozwiązał, blokując cię i nie czekał aż ty to łaskawie zrobisz.
Powstrzymałem się jednak – to ta atmosfera świąt tak chyba na mnie zadziała – i napisałem, że jego odwiedziny naprawdę mi nie przeszkadzają, a o zamach na moją cnotę go nie podejrzewam.
Coś tam odpisał i następnego dnia….zostałem usunięty z ulubionych.
Ech, czasami naprawdę nie trzeba się napracować, by z kogoś dziecko wylazło.
Foch z przytupem i z melodyjką.

Święta.
Uwielbiam wigilię. Jest ona – jak wiemy – postna, więc wszystko ogranicza się do ładowania w siebie niesamowitych ilości potraw mięsa pozbawionych, ale nadrabiających ten brak innymi zaletami.
Kult pieroga.
Dzień pierwszy. Gdyby ktoś był głodny po postnej wigilii – już widzę te zapadnięte brzuszki – to może się pokrzepić potrawami mięsnymi*, a na deser, gdy już strawi ciasto, zjeść coś postnego.
Dzień drugi. Praktycznie kalka pierwszego.
Poza tym – trochę jeżdzenia po Warszawie i okolicach, dwie nowe książki w kolekcji, kilka wychodzonych i mam nadzieję, że trafionych, podarków i żadnych życzeń w stylu ‘żebyś znalazł dobrą żonę’.
Generalnie jestem zadowolony; ze świąt i z metabolizmu, gdyż waga wciąż na tym samym poziomie.

Po świętach, a konkretnie dziś.
Wsiadam na Gdańskim do metra. Jadę jedną stację, więc się za bardzo nie rozsiadam, tylko blokuję drzwi.
Ludzi nie ma dużo, ale miejsca zajęte.
Po skosie lewo siedzi dwóch facetów.
Jeden, po trzydziestce, urody typowo polskiej, zwalisty, w stroju polskim, czyli na buro-szaro.
Drugi, przed trzydziestką, w białej czapeczce.
Jadą sobie i gruchają.
Omiotłem ich wzrokiem, widzę, że młodszy ma rękę wsuniętą pod ramię starszego. Starszy zać trzyma go za łapkę. OK – fajnie.
Przyglądam się dalej – nie, żeby mnie to jakoś strasznie wzruszyło, bo jednak pary męskie nie raz się widziało, ale w końcu jest to Warszawa, a nie Amsterdam – i widzę, że młodszy ma umalowane paznokcie. Teraz nabrałem podejrzeń, że może jest to jednak dama, dla której natura i czas nie były zbyt łaskawe.
Ubrany/a był/a w czarną kurtkę – unisex.
Jeansy niebieskie – j.w.
Czarne ciapociągi -  w tym jednak raczej dziewczęta chodzą.
Czapkę białą wełnianą.
Ponieważ strój moich wątpliwości nie rozwiał, powróciłem do obserwacji cech fizycznych.
Głos – bas to może nie był, ale jednak męski.
Twarz – dość delikatna, ale męska, kobiety tak nie wyglądają (mam nadzieję).
Czyli – jednak dwóch panów.
Słodkie i jak zwykle ubyło mi z 5 lat, bo mam tak zawsze, gdy widzę homicze szczęście.

*nie wiem, jak to się stało, ale napisałem ‘męskimi’. Chyba coś głodnemu na myśli….

Krzyżacy

•wtorek, Grudzień 22, 2009 • 1 komentarz

Zawsze mi się wydawało, że przekroczenie granicy koleją jest raczej bezinwazyjne. Owszem, gdy jechaliśmy z Rayem do Wiednia, to paszporty sprawdzali, ale to było dawno, gdy o Schengen nam się nie śniło. Potem kilka(naście) razy jechałem i tylko raz widziałem celnika, ale akurat kogoś w Emerich szukali. Poza tym – żadnych kotroli, poza konduktorskimi.
Tymczasem ostatnim razem….
Do Rzepina wszystko po staremu, bo w końcu wciąż jesteśmy w Prześwietnej Rzeczpospolitej.
W Rzepinie wsiadła polska Straż Graniczna. Polatali po pociągu, jakiemuś Hiszpanowi sprawdzili paszport, poszli. Jedziemy.
Dojechaliśmy do Berlina OstBhf. Jakaś tam zmiana lokomotywy i inne pierdoły. Ruszamy, więc idę spać. Ledwiem przysnął, a tu budzi mnie szturchanie. Otwieram oko – Krzyżak! No, nie dosłownie może, ale jednak Niemiec, było nie było. Dodatkowo celnik. On do mnie po niemiecku, ja do niego po niderlandzko-angielsku (=po niemiecku nie mówię, angielski znam nieźle, ale to niemieckie szprechanie automatycznie przestawia mnie na niderlandzki. Nieważne – Krzyżak rozumie).
Prośby o zdjęcie torby jednak nie zrozumiałem, więc przeszedł na angielski.
Pytanie: alkohol? papierosy? Ja: null. To akurat nie do końca było prawdą, bo wiozłem pół litra wyśmienitej pigwóweczki dla Raya. Niemniej, nie mam, a jeśli znajdzie, to jest to nie to, czym się być wydaje. Przyszedł drugi Krzyżak – z psem. Kazali psisku ’sprawdzić’ mój bagaż. Niczego nie wyczuło.
Sprawdzili jeszcze panią, która jechała po sąsiedzku i poszli, a ja poszedłem spać. Zdążyłem oko zamknąć, a tu wraca Krzyżak nr 2 i pyta: Naprawdę nie ma pan nawet papierosów? Mam, kurde, cały wagon! Polazł.
Holendrzy zaś to swoi ludzie, więc do końca podróży nikt mnie nie niepokoił.

————————————

Powrót.
Do granicy z Niemcami – cisza i spokój.
W Emerich wpadają Krzyżacy.
Paszport – dałem.
Pytanie: skąd pan jedzie i dokąd. Powiedziałem.
Pytanie 2: Co pan tam robił? Miałem chęć powiedzieć, że leżałem tydzień z grypą, ale nie miałem chęci na jakieś szykany – na władzę nie poradzę – powściągnąłem więc złośliwość i zacząłem smęcić o doktoracie. Niemiec patrzył jak na wariata.
Pytanie 3: czy ma pan jakieś rodzaje narkotyków?
Zdębiałem. Co to w ogóle za tekst?! Nie, nie mam (ale wiem, gdzie dostać).
Chciałbym obejrzeć pański plecak (co ciekawe, plecak z laptopem, a nie torbę główną). Oglądaj pan.
Zaczął tam grzebać; myślałem, że ocipieję.
Takiej rewizji jeszcze nie miałem. Była tak szczegółowa, że gdybym miał kilogram ziela, to na bank by go nie znaleźli. Znaleźli za to laptopa, trochę frygijskiego, prezerwatywy, vla, które wiozłem dla Quarrela (widok celnika  ’skradającego się’ do produktu mlecznego – bezcenny).
Sądzę, że jest pan w porządku. Toś mnie zaskoczył. Poszli.
Reszta podróży przebiegła bez atrakcji.
Nie wiem, dokąd ten świat zmierza, skoro na każdym kroku człowiek jest inwigilowany na okoliczność używek.
HAŃBA!

P.S. W poprzedniej notce zapomniałem napisać, że ludzkość mnie zawiodła. Nie pierwszy raz. W kontekście grypy. Otóż ja mam tak, że gdy jestem chory, to wolę infekcje bakteryjne. Idzie wtedy człowiek do lekarza, dostaje antybiotyk i wie, na czym stoi. A grypa? Leżeć w łóżku, wypacać się, zbijać gorączkę i liczyć, że nie będzie powikłań. Z czym w ogóle do ludzi?!

Gravedo asiatica….

•niedziela, Grudzień 20, 2009 • 2 komentarzy

….bo przecież nie pestis Antoniniana.

Jak być może część z Was wie, w zeszłą niedzielę – 6 XII – pojechałem do A’damu. Wyprawa miała dwa cele: spotkanie z promotorem i obgadanie szczegółów niderlandzkiego doktoratu oraz szperanie w bibliotekach, kserowanie i wywiezienie pewnej liczby pozycji na użytek doktoratu polskiego.
Jakieś dwa tygodnie przed wyjazdem zacząłem gorączkować, ale uparłem się, że zrobię wszystko, by na wyjazd się nie rozłożyć. Ładowałem więc w siebie jakieś niestworzone ilości medykamentów, dbałem o siebie i generalnie rzecz ujmując przeszło: wyjeżdżałem zdrowy.
W pociągu, gdzieś w okolicach Hanoveru poczułem dziwne drapanie w gardle. Odchrząknąłem – przeszło. Dojechałem do A’damu, dorwałem Raya w pracy, pobrałem klucze do jego samotni, zostawiłem rzeczy, zgarnąłem Raya z pracy. Połaziliśmy po mieście; zajrzeliśmy do Mr B, gdyż pewna dobra dusza zamaniła sobie sprośne pocztówki, poszperaliśmy w księgarniach, etc. Potem Ray wrócił do pracy, a ja ruszyłem do domu. Poczułem się dziwnie słabo. Koniec końców ledwo się dowlokłem do domu i – przypisując mój stan zmęczeniu podróżą – poszedłem spać.
Po południu wrócił Ray z pracy, a ja miałem już 38: proszki, łóżko.
Rano miałem 38.5, więc promotora przeniosłem na piątek, a sam zacząłem się znów szprycować, by zdusić zarazę w zarodku; gorączka była, kolana miałem sobie chęć wyciąć.
Albo zduszanie szło słabo, albo zaraza była nad wyraz mocna, bo wieczorem miałem 39.5. Wziąłem prochy na zbicie, w nocy prawie nie spałem, a rano było 39.7, jak w mordę strzelił.
Ray zadzwonił do naszego lekarza. Pani asystentka przyjęła zgłoszenie, wypytała się o objawy, powiedziała, że ‘pacjentów z grypą nie przyjmujemy’, oraz że doktor R. zadzwoni między 11 a 12.
W oczekiwaniu oddałem się lekturze internetu – Ray ostrzegał, by netu nie ruszać, bo tam straszne prawicowe bzdury – gdzie znalazłem info o kobiecie, która przez tydzień walczyła z 40 stopniową gorączką, lekarze ją po kilka razy odsyłali i kazali jeść paracetamol, a na koniec zeszła na zapalenie płuc.
Zadzwonił lekarz. Powiedział, że 40 stopni to gorączka, którą nie należy się przejmować: 40 graden koorts? there is nothing to worry about; radził żreć paracetamol, wygrzewać się i przyjść, gdyby pojawiły się trudności z oddychaniem. To grypa, leku na to nie ma, a w piątek poczuję się lepiej.
Jak kazał, tak zrobiłem.
W czwartek rano miałem już 38.1 i pełen ufności w wytrzymałość mego organizmu napisałem do promotora, że w piątek będę.
Dupa, nie będę: wieczorem miałem 39, a w piątek rano 38.5. Do tego doszedł lekki ból w klatce piersiowej.
Zamiast do promotora, pojechałem do lekarza, choć asystentka pytała, czy nie wytrzymam do poniedziałku, bo piątek jest tylko na ostre przypadki.
Pan doktor przyjął mnie uprzejmie, osłuchał, stwierdził lekki obrzęk gardła oraz, że płuca czyste i kazał dalej żreć paracetamol. Zapytał też, jak sytuacja ze świńską grypą wygląda w PL. Na moje stwierdzenie, że w gazetach w NL nie ma żadnych wzmianek, podczas gdy polskie są ich pełne stwierdził, że owszem: na początku były, ale przywykliśmy. Gdy mu powiedziałem, że inaczej się czyta takie newsy mając 36.6, a inaczej mając 39.7 odparł, że ludzie codziennie umierają i że naprawdę nie ma sensu przyjmować każdego z grypą, skoro jedynym lekiem na to jest wypocenie się. Przyjść trzeba wtedy, gdy gorączka nie ustępuje, lub/i pojawiają się komplikacje. Uwielbiam takie zdrowe, protestanckie podejście do życia. Naprawdę, to mnie fascynuje: nigdzie indziej nie sporkałem się z tak dosłownie wprowadzaną w życie zasadą, że co nas nie zabije, to nas wzmocni, a od odrobiny bólu jeszcze nikt nie umarł.
W sobotę wieczór miałem 38.5 i dość sceptycznie podchodziłem do 17 h w pociągu, które czekały mnie w niedzielę. Nastepnego dnia jednak troche odpuściło i przed wyjazdem miałem tylko 37.6.
Nie załatwiłem prawie nic, tzn. nie widziałem się z promotorem i nie skserowałem inskrypcji z MAMA’y.
Jedyne, co mi sie udało, to wyniesienie 12 ksiąg z Uva. Dobre i to.

Tak, musiałem Wam trochę posmęcić.

P.S. Gdyby ktoś miał jakiekolwiek wątpliwości, to tak: Ray zajmował się mną przez bite 5 dni, zaniedbując sprawy, którymi powinien się zajmować. Gdyby ktoś miał jakiekolwiek wątpliwości, że mam najlepszego eksa na świecie, to powinien się ich ostatecznie pozbyć. Ja ze swej strony – poza podziękowaniami – pragnę wyrazić nadzieję, że będę w stanie odwdzięczyć mu się w sytuacji, która będzie dla niego przyjemniejsza, niż dla mnie była moja grypa.

Quasipodwójna randka

•czwartek, Grudzień 3, 2009 • 4 komentarzy

W piątek przed 11 XI na jednym z naszych portali napisał do mnie pewien chłopiec (lat 28, nick do wiadomości redakcji). Podziękował, za wizytę na jego profilu – rzeczywiście, zajrzałem do niego – i zapytał, czy nie miałbym chęci się poznać. Gdy dostaję taką wiadomość, to nie uważam z miejsca, że ktoś chce dokonać zamachu na moją cnotę; nie traktuję też tego jako randki, bo randkę to mogę mieć z kimś, na kim już mi jakoś zależy: wychodzę z założenia, że znajomość ze mną każdemu miłą będzie, a od pójścia na spacer nikt jeszcze nie umarł. Obejrzałem więc jego profil raz jeszcze i, ponieważ nie znalazłem nic, co mogłoby mnie odstraszyć, propozycję przyjąłem proponując spotkanie 11 XI – w końcu wolne.

Moja historia miała miejsce nieco wcześniej, jakoś w sierpniu, na pewno było ciepło, ale o 19 już ciemno. Przez jakiś, aczkolwiek krótki, czas rozmawiałem z jednym chłopcem, jak to Kallipygos nazwał (choć uważam, że to zła nazwa z wielu względów). Gadało się nawet, nawet. Więc się umówiliśmy, że pogadamy na żywo, pójdziemy na piwo. Udało nam się ustalić termin i miejsce: godz. 19, pod Kopernikiem.

Jemu ten dzień też odpowiadał.
We środę, na jakieś 2 godziny przed spotkaniem dostałem smsa, że ów chłopiec z przyczyn od niego niezależnych musi spotkanie odwołać. Mój świat się nie zawalił. Napisałem smsa w stylu ‘/Ita diis placuit. Nie ma sprawy, czekam w takim razie na odzew. Miłego dnia.’/ Po powrocie do domu znalazłem w skrzynce wiadomość, że mój sms był w pięknym niemieckim stylu oraz propozycję spotkania się w sobotę. Odpisałem, że termin jest w porządku, ale za diabła nie zrozumiałem, o co chodziło z tym ‘niemieckim stylem’.

Nadeszła niedziela.
Czekam w umówionym miejscu i nadchodzi mój interlokutor…. Nadszedł i powiem Wam, że rzaaaaaadko mi się zdarza, że mam chęć rozpocząć rozmowę czymś w stylu ‘Sorry, ale zostawiłem żelazko na gazie i muszę wracać do domu’. Przywitałem się jednak kulturalnie i ruszyliśmy w kierunku Powiśla. To był błąd, trzeba było wyjść na chama i iść do domu.

Nadszedł ten dzień; pojechałem na Stare Miasto, jest prawie 19 czekam pod pomnikiem. Przychodzi sms: spóźnię się ok. pół godziny. Myślę sobie – chamstwo, ale wybaczalne. Dla ułatwienia znalezienia mnie, opisałem, w co jestem ubrany i gdzie dokładnie będę (nie pod samym pomnikiem, ale siedzę na jedynej ławce przy latarni!). Czekam… mija te pół godziny. Hmmm… po około 5 minutach sms: Gdzie jesteś, bo czekam pod pomnikiem i cię nie mogę znaleźć? (Helooł, napisałem, że tam mnie nie ma!) Nic to! Puszczam mu sygnał i widzę, kto podnosi telefon. Podchodzę. Szok. Zupełnie inny człowiek niż na zdjęciu był. Znowu myślę – chamstwo – stare zdjęcia dawać (dowiedziałem się potem, że sprzed 4 lat!). Udajemy się do pobliskiego pubu „Gramofon” – i to był błąd.

Po pierwsze, mój rozmówca wyglądał kompletnie inaczej, niż na zdjęciach. Wiem, to tylko spotkanie ‘na piwo’ i generalnie jego wygląd powinien mi wisieć, ale nie lubię, gdy ktoś mnie robi w konia.

Po drugie, miał specyficzny, drażniący sposób wysławiania się (jasne, to tylko moja paranoja purysty językowego).

Po trzecie, płonął zastanawiającą wprost niechęcią ku ‘elementowi napływowemu’, czyli warszawiakom spoza Warszawy.

Po czwarte, był niewyobrażalnie wprost nudny. Nie twierdzę, że ja jestem jakiś wygadany, ale – wtedy o tym jeszcze nie wiedziałem – czekało mnie 1,5 h pierdzielenia o komunikacji miejskiej oraz trudnościach, na jakie napotka drążenie III linii metra. Przy czymś takim Kallipygos w pełnym trybie filologicznym to mały pikuś. Dla jasności: nie mam nic przeciwko czyimś upodobaniom, więcej – lubię specyficzne zainteresowania. Mnie np. kręci gramatyka historyczna, ale mimo to nie czynię z niej tematu przewodniego rozmowy na pierwszym spotkaniu, bo rozmówca mógłby nie zdzierżyć.

Po piąte (i chyba najważniejsze), chłopakowi potwornie śmierdziało z ust. Gdybyśmy wylądowali w knajpie – padłbym trupem. Poszliśmy co prawda w kierunku Wisły, ale szliśmy na tyle daleko od rzeki, że zapach należał na bank do ust mojego rozmówcy, a nie do królowej polskich rzek. Nie wymagam, by moi towarzysze skrapiali się obficie perfumą i smarowali grubą warstwą kremów przeciwko wszystkiemu, ale do jasnej cholery wymagam minimum higieny nawet wtedy, kiedy idę z kimś tylko na spacer!

Powiem Wam jeszcze, że nawet, gdy spotykam się z kimś, wobec kogo nie mam żadnych ukrytych planów, poza zwykłą znajomością, to staram się wyjść na osobę chociaż śladowo interesującą. W przypadku ww. gentlemana - wisiało mi dosłownie wszystko, pozwalałem draniowi gadać w opór, ograniczając się do zdawkowych komentarzy.

To już wiecie, czemu to był błąd. Wytrzymałem godzinę, z kuflem niemal cały czas w okolicy nosa i usiadłem tak, żeby nie być naprzeciw. To była jedna z najbardziej zmarnowanych godzin, jakie przeżyłem. Ja umiem gadać o wszystkim, nawet o tym, o czym mam małe pojęcie. Ale jeśli przypadkiem okaże się, że jest to interesujące to mogę się chętnie czegoś dowiedzieć. Ale nieeee. Nuuuuda. Konwersacja na poziomie budki z piwem tyle, że nie o dupach a o bzdetach. No i ten smród. Dawno nie spotkałem kogoś, kto byłby tak nudny. Chyba też pogadaliśmy o metrze warszawskim i komunikacji – widać ma temat obcykany

Z rzeczy ważnych: dowiedziałem się, o co mu chodziło z ‘pięknym niemieckim stylem’ mojego smsa. Otóż koleś był przekonany, że sms ode mnie był po niemiecku. Po niemiecku to ja – przy dobrej pogodzie i przy sprzyjającym temacie – czytam, ale moja znajomość tego szlachetnego języka prawie nie pozwala mi na pisanie.
Pozwolę sobie z tego miejsca pogratulować mu dwóch rzeczy: pamięci (do osób, z którymi koresponduje/spotyka się) oraz umiejętności językowych. Trzeba naprawdę sporego wysiłku, by niemiecki pomylić z łaciną.

Nie wiem, czy ja na nim wywarłem podobne wrażenie (być może on też wysmażył taką notkę), czy też może niechęć w stosunku do jego osoby aż tak się ze mnie wylewała (z trudem się hamowałem), ale nie odezwał się więcej i usunął mnie z ‘ulubionych’ – będę musiał jakoś z tym żyć.

Jak to mówi Kallipygos: spotkałem kogoś, dla kogo usunąłem profil z Fellow. I to jest prawda. Miałem to zrobić od dłuższego czasu, ale w tym momencie maiłem +1000% do motywacji. Pierwsze, co zrobiłem po przyjściu do domu to włączyłem komputer i usunąłem profil. Na szczęście więcej się nie odezwał – telefonicznie.

Pisali Asakura (kursywą) i Kallipygos.

Sekspert po polsku, część 98237

•poniedziałek, Listopad 16, 2009 • Dodaj komentarz

Jak to zwykle, kiedy mowa o seksie, małżeństwie, homoseksualizmie i tym podobnych, należy o zdanie zapytać księdza, który jak wiadomo ma we wszystkich tych sprawach ogromne doświadczenie. Tak więc nie dziwi nas, że gazeta.pl spytała księdza Jana Guzowskiego, czy homoseksualiści powinni “ujawniać swoją orientację”. (Znamienne, że nikt nigdy nie pyta, czy heteroseksualiści powinni się “ujawniać”. To, że nie spytano o zdanie żadnej zainteresowanej osoby homoseksualnej, zupełnie mnie nie zaskakuje.)

Ksiądz Jan rozpoczyna standardowym wstępem o tym, że seks pozamałżeński jest grzechem, po czym dodaje:

Moim zdaniem należy się ujawniać i zgodnie z ewangelią żyć w prawdzie. Ale nie należy się tym chwalić.

Zatem należy się ujawniać w sposób niezauważalny, np. pisać na kartkach “jestem homoseksualistą”, a potem te kartki chować w szufladzie i zamykać na klucz. Albo też zakładać tęczowe bokserki, a na wierzch habit. Chciałem powiedzieć, dżinsy.

Ojciec Jan tłumaczy dalej:

Chodzi o to, żeby się ujawnić, ale żeby nie było to widziane jako propagowanie homoseksualizmu, pokazywanie się, chwalenie się: patrzcie, jestem homoseksualistą.

To ja bym jednak poprosił o konkrety. Pomrukiwanie pod nosem? Wstydliwe mamrotanie ze spuszczonymi oczętami?

Przecież osoby heteroseksualne raczej nie chwalą się związkami pozamałżeńskimi. Nie należy o tym rozpowiadać w telewizji, prasie.

Ksiądz to chyba w życiu gazety nie widział, o telewizorze nie wspominając. Czy ja mogę wspomnieć jedynie premiera rewolucji moralnej, pana Kazia Z Londynu i jego Isabel? Albo Alicję Bachledę-Curuś, o której grzesznym pozamałżeńskim porodzie dziecka znanego plejboja Kolina Ferela piszą wszystkie znane lub czasopisma oraz intelektualne portale typu Pudelek? Albo dowolny serial? Dowolny tabloid? Telewizja i prasa w ogóle rzadko się czymkolwiek innym zajmuje, niż związkami pozamałżeńskimi osób heteroseksualnych. Z rzadka poświęca moment uwagi związkom małżeńskim osób heteroseksualnych. Trafił ksiądz jak różańcem w płot.

Seksualność to sfera intymna. Kiedy zaczynamy głośno o niej opowiadać, przestaje taką być.

I to tłumaczy, dlaczego o pedofilii w Kościele najlepiej nie mówić, prawda.